Bajka... taaaa
Ruszyłem jeszcze wcześniej niż wczoraj, bo w pracy dyżur na dwunastą, więc ja na siodełku po ósmej. Jechało się nawet sympatycznie - pięknie oblodzone DDR-y wyeliminowały mi jakiekolwiek możliwości ich użytkowania, co jak pewnie wiadomo niezmiernie cieszy mą duszę. Do końca Mosiny spokój, jeśli można nim nazwać walkę z przeskakującym napędem. I nagle... wjechałem w las. Tak jakbym znalazł się w zimowej mroźnej krainie, w zębiskach Królowej Śniegu. A właściwie to lodu. Zamrożony między drzewami asfalt początkowo był przejezdny, ale już przed Żabnem kilka razy dostałem w gratisie parę driftów, o dziwo opanowanych dość zgrabnie. Stwierdziłem, że nie ryzykuję, zawracam. Łatwo powiedzieć. Wszystko zwiało na drugą stronę - tę, którą się przemieszczałem. Ruszyłem więc tańcząc na lodzie pędem w okolicach 15-17 km/h, a fragmentami myślałem czy bezpieczniej nie będzie podreptać sobie na piechotę. Udało się jednak dotrzeć znów do Mosiny, gdzie - jak w tej lepszej wersji bajki - lodu ani kawałeczka. Dwa światy. Dopedałowałem sobie więc jeszcze w bok do Dymaczewa, gdzie zawróciłem i skierowałem się na Poznań. Na mapce jasno widać logikę mojej dzisiejszej trasy :)
Oj, miałem dziś stracha. W lodowym lesie miałem powidoki - śmignęli mi między drzewami Kaj i Gerda, a może Jaś i Małgosia uciekający przed Holocaustem przygotowanym przez Babę Jagę? Wilków jakichś nie widziałem. Za to zobaczyłem swoją średnią i to był już zdecydowanie zły sen :)








