Dziś, gdy wstałem, otworzyłem okno i jednocześnie drzwi do pokoju to... chwilę później m się zamknęły. O nie, powiedziałem sobie - no risk no fun, ale bez przesady - nie będę ryzykował, że na trasie obudzę się nagle w jakimś rowie czy krzakach z szosą na głowie. Rozpatrywałem czy w ogóle ruszyć, ale stwierdziłem, że w końcu jeśli już jestem o tej ósmej rano w niedzielę na nogach to spróbuję. I wykombinowałem, że dopompuję i uruchomię wykopalisko pod nazwą cross.
Rozsiadłem się na tym czołgu wygodnie, ruszyłem powoli, jak żółw ociężale... i tak było przez całą drogę :) Wiatrzysko wedle prognoz osiągało prędkość maksymalną do około 45 km/h, co zdecydowanie organoleptycznie potwierdziłem. Na odcinku między Koninkiem a Tulcami, gdzie jest kilka wiaduktów i hopek czułem się jakbym wjeżdżał na Rysy - tak mnie kilka razy zastopowało. W sumie trochę za tym tęskniłem - jesień mnie rozpieściła aż za bardzo. nie miałem motywatora do walki, a dziś samo dotarcie do celu nim było. Co nie znaczy, że mi się podobało. Dojechałem do Gowarzewa, zawróciłem już z wiatrem, który faktycznie chwilami mi pomagał, ale równie często masakrował z boków.
Wynik ostateczny jest jaki jest, ale był to maks, wyrzygany resztkami sił. Jednak te 20 kilo pod tyłkiem robi swoje, tak samo jak kilka postojów na mijankach na Głuszynie oraz kumulacja trzech watah wyjeżdżających z kościołów akurat w momencie, gdy ja przejeżdżałem. Nie marudzę jednak - cieszę się, że dojechałem, że się zwlokłem i że wiatr dostał ode mnie psychicznego pstryczka w nos.
A propos pstryczków to jeszcze udało mi się przed pracą zaliczyć wybory :)
Komentarze (2)
Dzięki :) choć bez przesady, dziś po prostu wiało, bywały okresy (przed BS), że jeździłem w lodowych koleinach, przez co raz niemal zginąłem pod kołami TIR-a. Na szczęście od tego czasu wykształcił mi się mózg :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"