Pokrakowsko
A powrót miałem dziś w warunkach wymarzonych, niemal cieplarnianych. Święto, więc nawet przejazd przez miasto nie irytował tak jak zwykle, wiatr oczywiście chory na paranoję w temacie kierunku, ale niezbyt silny, cieplutko, pusto... Nie licząc rowerzystów, biegaczy, rolkarzy i innych jednostek mobilnych, których pozdrowiłem dziś chyba z setkę. Trasę wybrałem na wschód, przez Zalasewo, Swarzędz, Paczkowo, Tulce i Krzesiny - wyszło na mapie z tego jakieś niepełnosprawne serducho z żyłką. Jechało mi się genialnie, a i średnia w miarę przyzwoita.
Jeszcze kilka zrobionych na szybko w krzywym zwierciadle fotek z Krakowa, miasta, które uwielbiam, a jeśli zapomni się o zachowujących się tam jak najgorsze menele Angolach oraz Irlandczykach i zna się odpowiednie miejsca, gdzie nawet barmani są poetami, a historia miejsca broni się przed nachalną rzeczywistością to spokojnie, acz konsekwentnie, można spędzić czas naprawdę godnie. Jedna rzecz mnie przeraziła - naganiacze do Piwnicy Pod Baranami, miejsca, które co prawda nigdy mnie nie swoją "kultowością" nie obezwładniało, ale zeszło całkowicie na psy i zmieniło się w mekkę sztukantów i hipsterów z ajfonikami pod pachami oraz obsługą, która równie dobrze mogłaby pracować w jakiejś sieciówce w stylu Cocomo.
Tak oto wyglądało wejście do naszego (naprawdę rewelacyjnego!!) hostelu na Wiślnej, przy samym rynku - żeby udowodnić, że od sportu nie odpocząłem :) po paru browarach te schody zmieniały się w Mount Everest
:)

Wawel: :)

Najlepszy miodek w jednym, jedynym miejscu:

I na koniec znak naszych czasów: prawdziwy Rowerowy Kraków :P









