Dyszcz

Piątek, 7 listopada 2014 · Komentarze(0)
Miało padać. I padało.

Na szczęście przestało, a że miałem ciśnienie na jeszcze jeden trening przed kilkudniowym wyjazdem, podczas którego rower będę mógł sobie pooglądać pod tyłkami innych, więc nie zważając na kałuże, błocko i inne jesienne przyjemności ruszyłem lekko po dziewiątej, żeby zdążyć przed pracą. Upojne wrażenia wody na plecach, łbie i spodenkach co prawda lekko zabiło mój zapał, ale się nie poddawałem i kręciłem, mając gdzieś średnią (ja!). W zakręty wchodziłem ostrożnie jak ciężko doświadczona życiem żona alkoholika, nad przejazdami kolejowymi pełzłem jak ułomna żaba, więc skończyło się finalnie jak się skończyło, ale grunt, że się udało :)

Trasa: bezsensowna logistycznie "fałka" przez Tulce do Swarzęda i z powrotem.

Oj, odpocznę sobie teraz od roweru i wcale mnie to nie cieszy.

Komentarze (0)

Nie ma jeszcze komentarzy.
Wpisz dwa pierwsze znaki ze słowa afree

Dozwolone znaczniki [b][/b] i [url=http://adres][/url]