Jak to u mnie bywa znów wolny dzień zamienił mi się w zaplanowany niemal co do minuty kierat. Na rower miałem czas między 9 a maksymalnie 11. Praktycznie punkt 9 byłem ubrany, przygotowany do startu, z szosą pod pachą. I w tym momencie spadł deszcz. Myślałem, że coś mnie trafi, ale zamiast dać się trafić intensywnie zacząłem rytualne modły do Świętej Suszarki o nagłą interwencję. I... udało się. Padało kilka minut, ale przestało tak samo szybko jak zaczęło. Szybko więc płynnie zamieniłem spod pachy szosę na crossa i ruszyłem.
Wiało... ale to już wszyscy wiemy, więc nie będę ciągnął tematu, napiszę jedynie, że było jak ostatnio - paradoks jeżdżenia w obydwie strony pod wiatr staje się chyba regułą. Czemu tylko jest tak, że zawsze tak sobie wybiorę trasę, że tak się dzieje? Czemu nie jechałem odwrotnie? Głębia tych pytań była na tyle duża, że nawet nie próbowałem sobie odpowiadać ;)
A co do trasy to wybrałem dziś znów tę "kondomową", tylko że - nie zrozumcie mnie źle - od tyłu względem tradycji. Czyli najpierw Komorniki i Stęszew, a potem dopiero Mosina. Nad średnią pastwić się nie będę.
Chwilę po wylądowaniu w domu oberwała się chmura. Czyli jednak Święta Suszarka istnieje i miała mnie w swojej opiece. A ja o dziwo wyrobiłem się ze wszystkim, co na dziś było zaplanowane.
Komentarze (4)
Zamiast pokochania na razie czuję rosnące pokłady nienawiści do niego :) a z płynnym treningiem faktycznie jest problem, gdyby chociaż ten wiatr miał jakiś jeden niezmienny kierunek... marzenia :)
Ta pogoda ostatnio to tragedia, taka typowo irlandzka, leje - przestaje - leje - przestaje. Ciężko się wbić w trening szczególnie popołudniu, no i ten wiatr. Ale w kolarstwie wiatr trzeba chyba po prostu pokochać ;)
Dzięki :) no cóż, chciałoby się dłuższe dystanse, ale kiedy? Póki co cieszę się, że mam szanse na te pięć dych. Choć coś czuję, że pogoda jeszcze mi to uniemożliwi w najbliższych dniach...
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"