Władca Sudetów, cz.3, ostatnia :)
Wtorek, 22 kwietnia 2014
· Komentarze(0)
Kategoria Góry
Szybka relacja, bo już ostatnia z wyjazdu do Jeleniej, pisana zmęczonym wzrokiem z Poznania. Ale - żeby nie było że odpuszczam - trening poranny stał się faktem, chyba całkiem konkretny.
Wiatr nie chciał się zdecydować co i jak, więc zdecydowałem za niego. Zostałem za to pokarany, jak zwykle. Pomógł mi może ze dwa razy, jak nie mniej. No ale nawet to wybaczam. Kurs pierwotny to wedle założeń dolne rejony Karpacza, a potem się zobaczy. No i do Karpacza się faktycznie dosapałem, bo mięśnie jakieś były nie te po nadrabianiu zaległości w odnawianiu znajomości wieczór wcześniej :)

Potem już w dół i nawrót przez Ścięgny i Miłków, aż do Sosnówki, gdzie nastąpiła przerwa na Tymbarka i obowiązkową fotę z gratem, póki jeszcze jeździ :)

Sosnówka ze swoim zbiornikiem wodnym ma to do siebie, że choćby było zupełnie bezwietrznie to na tym właśnie kawałku podmuchy pomiatają zawsze. Nie inaczej było dziś - jadąc w dół musiałem ostro pedałować. Ale co to dla mnie, skoro i tak nie działały najcięższe przerzutki i o większych prędkościach można było marzyć? Jechałem więc bez stresu, emeryckim tempem - no cóż, czas się przyzwyczajać :)
Potem zahaczyłem jeszcze o jeleniogórski Sobieszów, gdzie cyknąłem zdjęcie mojemu ukochanemu zamkowi Chojnik (to to coś z dużą ilością pikseli na górze).

A jak już Sobieszów to potem Piechowice, trasa na Szklarską, zjazd do Cieplic i... koniec świąt :(
Może władcą Sudetów nie jestem, ale wolne się udało.
Wiatr nie chciał się zdecydować co i jak, więc zdecydowałem za niego. Zostałem za to pokarany, jak zwykle. Pomógł mi może ze dwa razy, jak nie mniej. No ale nawet to wybaczam. Kurs pierwotny to wedle założeń dolne rejony Karpacza, a potem się zobaczy. No i do Karpacza się faktycznie dosapałem, bo mięśnie jakieś były nie te po nadrabianiu zaległości w odnawianiu znajomości wieczór wcześniej :)

Potem już w dół i nawrót przez Ścięgny i Miłków, aż do Sosnówki, gdzie nastąpiła przerwa na Tymbarka i obowiązkową fotę z gratem, póki jeszcze jeździ :)

Sosnówka ze swoim zbiornikiem wodnym ma to do siebie, że choćby było zupełnie bezwietrznie to na tym właśnie kawałku podmuchy pomiatają zawsze. Nie inaczej było dziś - jadąc w dół musiałem ostro pedałować. Ale co to dla mnie, skoro i tak nie działały najcięższe przerzutki i o większych prędkościach można było marzyć? Jechałem więc bez stresu, emeryckim tempem - no cóż, czas się przyzwyczajać :)
Potem zahaczyłem jeszcze o jeleniogórski Sobieszów, gdzie cyknąłem zdjęcie mojemu ukochanemu zamkowi Chojnik (to to coś z dużą ilością pikseli na górze).

A jak już Sobieszów to potem Piechowice, trasa na Szklarską, zjazd do Cieplic i... koniec świąt :(
Może władcą Sudetów nie jestem, ale wolne się udało.








