Ostatni rajd przed świętami - nie było bata, żeby odpuścić :)
Ciężko w to uwierzyć, ale dziś (22 dzień miesiąca) jest moja pierwsza wolna niedziela w grudniu... Czemu tak się stało wiedzą zainteresowani, komuś dostało się za to ostro po uszach, zupełnie wbrew chorej korporacyjnej hierarchii. W każdym razie z rytmu nie wypadłem i zamiast się wyspać to o dziewiątej piłem już kawkę, a o dziesiątej byłem na rowerze. Specjalnie czekałem, żeby zobaczyć czy nie zacznie padać. Nie padało. Do momentu, w którym ruszyłem. Ot, klasyk gatunku :)
W każdym razie postanowiłem być twardy i polecieć pod wiatr i deszcz, ale przezornie nie na szosie tylko na crossie. Ślisko nie było specjalnie, ale i tak jechałem odpowiedzialnie, coby się Lepsza Połówka nie martwiła :) postanowiłem zrobić sobie klasyczną pętelkę z ukochanym 50-kilometrowym dystansem. Padało, wycieraczek na oczy nie miałem, ale wbrew pozorom to, co na zdjęciu to nie omyłkowe przekroczenie granic województw: :)

Po minięciu połówki dystansu, czyli owej wielkopolskiej Łodzi, gdzie dumnie wznosi się jedna z miliardów świątyń Świadków Jehowy (dziś żadni mnie nie gonili, w przeciwieństwie do terenów, na których mieszkam :) ), jechało się już w miarę z wiatrem, więc nadrobiłem średnią, i generalnie jestem zadowolony z wyniku.
Teraz przede mną ciężkie świąteczno-zawodowe dni, na pewno dwa pierwsze bez opcji roweru, co będzie dalej zobaczymy. Jakby co wesołego bożego najedzenia! :)
P.S. Czy ktoś wie jak w tej nowej wersji BS robi się odstęp między akapitami? Bo na razie ta wiedza jest dla mnie zbyt magiczna...








