Wiatr się sam nie objedzie, czyli z Poznania do Drwęsy i z powrotem
Czwartek, 28 listopada 2013
· Komentarze(0)
Od dziś proszę do mnie mówić Tomasz vel Zdulski herbu Kilof. Tak się bowiem mianowałem po powrocie. Niczym krasnolud w podziemiach Morii, pancerny kret destrukcji lub górnik miesiąca wyrabiający 300% normy, powoli, centymetr po centymetrze, mila po mili, szprycha za szprychą drążyłem w pancernej ścianie wiatru (powyżej 30 km/h) drogę przed siebie. Mijały mnie ogromne wielokołowe potwory z mrocznymi napisami w stylu „Zibi Transport”, „Zakłady Mięsne Sokołów” czy - najbardziej przerażające (nie tylko dla małej przedsiębiorczości) - „Biedronka” i spychały z pobocza lub nagłymi podmuchami zatykały płuca mieszaniną wiatru i spalin. Tak cierpiąc, walcząc i myśląc o spokojnym dniu przed kominkiem z grzańcem w ręku (tak kiczowate marzenie, że musiało być ze mną naprawdę niedobrze) dojechałem do miejscowości Drwęsa. Z zabójczą średnią 24,2 km/h... Na szczęście powrót był nieco przyjemniejszy, choć wiatr w międzyczasie zmienił się na północny (kogo to jeszcze dziwi niech pierwszy rzuci kamieniem. Ja nie mam zamiaru nawet piórkiem). Przy okazji zbadałem nową ścieżkę rowerową wzdłuż ulicy Grunwaldzkiej, która w sumie zła nie jest, prócz tego, że tak zwykle, przaśnie i po polsku kończy się z każdej strony nagle i bez żadnej informacji chodnikiem wyposażonym w stromy krawężnik.
Narzekał nie będę – średnia masakra, ale na wojnie nie ma lekko. Jak się dorobię pazia to będzie mi rower ciągnął pod wiatr, na razie honorowo muszę robić to sam :)
Wykres z Endomondo klasycznie przekłamany, ale chyba mimo to widać na nim ból, pot i łzy :)
/2935873
Narzekał nie będę – średnia masakra, ale na wojnie nie ma lekko. Jak się dorobię pazia to będzie mi rower ciągnął pod wiatr, na razie honorowo muszę robić to sam :)
Wykres z Endomondo klasycznie przekłamany, ale chyba mimo to widać na nim ból, pot i łzy :)
/2935873








