Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Trollking z miasteczka Poznań. Mam przejechane 250287.33 kilometrów w tym 4.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 27.44 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 813882 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl


Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Trollking.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 57.25km
  • Czas 01:56
  • VAVG 29.61km/h
  • VMAX 44.20km/h
  • Temperatura 7.0°C
  • Podjazdy 109m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

100% PL

Niedziela, 15 lutego 2015 · dodano: 15.02.2015 | Komentarze 8

Generalnie zazwyczaj ciężko u mnie bywa z patriotycznymi porywami czy objawami narodowej dumy. Ale są dni, kiedy to, że urodzono mnie Polakiem udowadniane mi jest czy chcę czy nie chcę, a nawet ja sam się do tego przyczyniam wybierając trasę do jazdy rowerem.

Po kolei - najpierw wiatr, który spowodował, że jak przeciętny Rodak w niedzielę rano czułem się nieźle zawiany. Co prawda żadnych wichur dziś nie było, ale na DK92 na otwartych przestrzeniach między Poznaniem, Swarzędzem a Kostrzynem fragmentami pomiatało mną zacnie. To, że jechałem w kierunku stolycy, i to częściowo ulicą Warszawską tylko potwierdza, że duch narodowy nade mną czuwał.

Kształt trasy chyba mówi sam za siebie. Nie wyjeździłem dziś jedynie Helu, ale jak wiadomo okolice Wolnego Miasta Gdańsk niekoniecznie związane są z żywiołem tylko polskim. Mam nadzieję, że to mnie tłumaczy i nie doczekam się pikiety ONR-u pod oknem :) Trafiłem też, jak to w niedzielę, na obowiązkowy element polskości, czyli wizytacje kościelne, jakże by inaczej, na czterech kółkach. Tak więc co wiocha to korek.

A co na koniec? Oczywiście przygoda z DDR-em made in Poland.

Ten biały dywanik to nie piasek wysypany w celu zwiększenia bezpieczeństwa rowerzystów na ścieżce. To rozwalone na całej szerokości szkło, leżące przy Hetmańskiej od co najmniej trzech-czterech dni. Codziennie obserwuję jedynie przechodzące przez jego taflę ślady kół i zastanawiam się ile osób tak jak ja zdążyło zejść z roweru i przeskoczyć nad tym pieszczoszkiem. A ile nie zdążyło.

Tak, to zdecydowanie był typowo polski trip. Razem ze średnią, która jest wybitnym przykładem tego, co lubimy najbardziej, czyli zwycięskiej porażki :)




  • DST 55.00km
  • Czas 01:50
  • VAVG 30.00km/h
  • VMAX 43.00km/h
  • Temperatura 7.0°C
  • Podjazdy 118m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

O opiłku

Sobota, 14 lutego 2015 · dodano: 14.02.2015 | Komentarze 4

Mam taką osobistą nerwicę natręctw, która polega na kontrolowaniu wieczorem ilości powietrza w kołach. Posiada ona - mimo, że jest nerwicą - swoje racjonalne podstawy, wynikające z nieprzewidywalności tego, co można zastać na polskich drogach i DDR-ach, a także, odkąd nabyłem szosę, z metafizycznej głębi irracjonalności związanej z konstrukcją wentyli Presta. Wczoraj wieczorem po powrocie z pracy jak zwykle zabrałem się za rutynowy ogląd i... znów z tyłu powietrza mniej niż zero. Przestało mnie już to bawić kilka dni temu, bo w tym miesiącu wymieniłem już chyba ze trzy dętki, więc zabrałem się za kompleksowe, powolne i dokładne badanie tematu. Znalazł się winny - mikroskopijny, zupełnie niewidoczny od zewnętrznej strony opony ostry kawałek czegoś, co przypominało opiłek. Było to tak małe, że nie udawało mi się wyjąć - i tu przydał się po raz pierwszy w życiu gadżet zwany paznokciami. Żony, bo moje się do niczego nie nadawały. Na samej gumie na szczęście ślady nie zostały po usunięciu tego shitu, więc powstrzymałem się z powództwem cywilnym wobec rzeczonego opiłka, zadowalając się jedynie wywaleniem go do kibla.

Jakże komfortowo dziś mi się kręciło bez kapcia z tyłu i sprawdzania co chwilę czy jadę jeszcze na dętce czy już na obręczy! Taka mała rzecz, a jak cieszy :) Na początku trasy zawitałem jeszcze do rowerowego na Starołęckiej po zapasową gumę i mogłem korzystać z tego, co dała nam dziś pogoda, a dała wiele dobrego. Nie żeby mnie dziwiło plus 7 w lutym, brak śniegu, lodu i marznącej mżawki, w końcu to norma. A nie, sorry, to w maju :) Wiaterek się trochę wzmógł, więc fragmentami się nieco pomęczyłem, ale nie ma co narzekać. Trasa to nieszczęsny piesek bez nóg, z moim domem pod ogonem - Głuszyna, Gądki, Szczytniki, Tulce i powrót przez Krzesiny. Rowerzystów całkiem sporo - czyżby zaczął już się ten mityczny "sezon"?

Na końcu jeden zgrzyt - kolejna kretynka za kółkiem, dla której coś takiego jak zasady wjazdu na rondo to czarna magia. Prawie by mnie rozjechała, mimo że byłem uprzywilejowany. Jak już jej wykrzyczałem co i jak to we wzroku nie zauważyłem zrozumienia - widocznie paniusia była już myślami podczas zabiegu w salonie kosmetycznym lub romantycznej kolacji z okazji walentynek. Ze sponsorem, który zafundował jej Tigrę, w której siedziała.




  • DST 53.20km
  • Czas 01:47
  • VAVG 29.83km/h
  • VMAX 51.00km/h
  • Temperatura 0.0°C
  • Podjazdy 143m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Jednak nieprzewidywalnik, czyli o żabokurczakoufoludku

Piątek, 13 lutego 2015 · dodano: 13.02.2015 | Komentarze 6

Wczoraj zachciało mi się pomarudzić w temacie pokonywanych tak samo, o tej samej porze i tych samych ścieżek. Mam nauczkę. Po raz kolejny ta bliżej nieokreślona menda, która siedzi gdzieś na górze czy na dole i planuje mi rowerowe wypady wleciała na chwilę na BS, poczytała co trzeba i... Ale po kolei...

Wybór trasy był dziś prosty - przez Wiórek i Rogalin do Mieczewa i z powrotem. Starołęcka pokonana jak zwykle z przeszkodami, ale bez ofiar - pierwszy sukces. Przyzwoita średnia na odcinku do Rogalinka, w okolicach 29 km/h pod wiatr - drugi. Już się cieszyłem na jakiś przyzwoity wynik, gdy w lesie zaraz przed Rogalinem zatrzymałem się przy długim sznureczku samochodów, a przed nim ukazał się sterujący ruchem człowiek-odblask. Wycinka drzew... No dobra, pomyślałem, chwilę poczekam i przejadę. Naiwniak!

Jakoś od 5 do 10 minut później czekałem w tym samym miejscu, a jedyne co się zmieniło to wysokość nad poziomem morza panów "wycinaczy" oraz tragiczny los gałęzi i konarów, które dokonywały żywota już na asfalcie. Stwierdziłem, że nie sensu czekać, bo może chłopaki są aktualnie w pracy, ale ja żeby się do niej dostać muszę być co najmniej w Poznaniu, więc zawróciłem.

Jako że kilometraż na liczniku pokazywał zaledwie liczbę 22 to postanowiłem pojechać jeszcze w kierunku Mosiny, tam się pokręcić i wrócić przez Puszczykowo. No cóż, mam ten talent do wbijania sobie gwoździ do trumny :) W Mosinie korki, a ja wpadłem na pomysł, żeby zobaczyć jak wygląda aktualnie droga na Sowiniec, którą kiedyś z ciekawości zaliczyłem na MTB i już wtedy stwierdziłem, że do takiej jakości asfaltu bardziej adekwatny byłby czołg. Nie zawiodłem się w pierwszej części, tej mosińskiej - 1,5 kilometra walki z wulkanami już na zawsze pozostanie w mej pamięci. Ale potem - szok. Jaki? A taki oto:

Aż musiałem spojrzeć na gps czy dobrze jadę - przecież TAKIEGO asfaltu się nie spotyka, tym bardziej tu :) Można? Można. Jednak podróż powrotna wyleczyła mnie z tego szoku, m.in. dzięki temu, że niemal połamałem obydwa koła na przejeździe kolejowym, takie tam były dziury. Uff - znów wśród swoich :)

Wyszło jak wyszło, średnią nie mam się co chwalić, ale plus dodatni w postaci niespodzianki remontowej będzie do wykorzystania. Mam wątpliwości co narysowałem na mapie - kurczaka? Żabę? UFO? Przy okazji udało mi się skończyć ostatnią książkę Mankella z Kurtem Wallanderem w roli głównej - cóż, całość zajęła mi jakieś pół roku, trochę szkoda, że to już koniec, ale czas znaleźć sobie nowego towarzysza do kręcenia.





  • DST 52.40km
  • Czas 01:43
  • VAVG 30.52km/h
  • VMAX 50.70km/h
  • Temperatura 3.0°C
  • Podjazdy 51m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Przewidywalnik

Czwartek, 12 lutego 2015 · dodano: 12.02.2015 | Komentarze 10

Który to już raz tej zimy idzie wiosna? Trzeci? Czwarty? Nieważne, jak dla mnie może już tak zostać, i to nie tylko do końca zimy, ale nawet do września - byleby tylko nie trafiły się letnie upały. Te kilka stopni na plusie odpowiada mi idealnie, nawet rękawiczki dziś założyłem bezpalczaste - zdecydowanie jestem na tak.

"Kondomik" wykonałem dziś w wersji klasycznej, czyli najpierw Mosina, potem Stęszew. Wiatr miał być słaby, a był co najmniej umiarkowany, trochę dał o sobie znać, ale wyjątkowo potraktuję go dziś łagodnie, bo nawet parę razy podmuchał mi w plecki. Taki ewenement. Kolejnym było to, że w Komornikach nie było korków - jeśli taka sytuacja się utrzyma dłużej to obiecuję, że przestanę nazywać tę wioseczkę Korkomornikami. Więc niech się starają :)

No i zauważyłem, że jestem przewidywalny niczym hipster w wyborze marki telefonu (no jakiego, jakiego, zagadka?) oraz marki kubka z kawą - uświadomiłem to sobie gdy minął mnie o tej samej godzinie, w tym samym miejscu co ostatnio i przedostatnio Polski Bus, prawdopodobnie z Wrocławia. Jak tak dalej pójdzie to zostanę codzienną atrakcją na trasie, opisywaną przez operatora. Chyba czas pomyśleć o nowych trasach lub zmianie godzin wyjazdów :)




  • DST 52.00km
  • Czas 01:46
  • VAVG 29.43km/h
  • VMAX 51.30km/h
  • Temperatura 3.0°C
  • Podjazdy 102m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Znów na ____

Środa, 11 lutego 2015 · dodano: 11.02.2015 | Komentarze 2

Powrót na stare śmieci. O dziwo na Dębcu zgrabnie wywożone, co przy ostatnich ogólnopoznańskich problemach w tej tematyce wydaje się wyjątkiem potwierdzającym regułę. Mały górski skok za mną, czas wrócić do realiów, czyli obrazowo: ____ zamiast /\/\_/\/\. I nie chodzi o emotikony z smsa gimbazjalisty.

Na szosie nie jeździłem jakieś pięć dni, więc powrót po równowagi po epizodach crossowo-MTB-owych wymagał pewnego przypomnienia. Wiaterek zachodni według prognoz, a faktycznie północno-zachodni, dość upierdliwy, więc nie poszalałem specjalnie, bo przy podmuchu ryjno-bocznym się nie dało. Trasa - "wonsz w cionrzy" przez Skórzewo, Dopiewo, Fiałkowo, Sierosław, Wysogotowo i Plewiska. Bez przygód, bez nagłych zwrotów akcji, ucieczek przed peletonem i takich tam. Za to raz przed Sierosławiem uniosło się nad szosą moje gromkie "Debill!!!!!!" w kierunku troglodyty przecinającego podwójną ciągłą podczas wyprzedzania czterech samochodów na raz, a mnie mijającego o centymetry.

Czyli obrazki ze zwykłej codzienności. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej :)




Z góry nieplanowana Jelenia Góra

Wtorek, 10 lutego 2015 · dodano: 10.02.2015 | Komentarze 5

Mój półtoradniowy wypad do Jeleniej Góry był równie nieplanowany, jak czasowo kompletnie bezsensowny. No ale czasem trzeba Rodzicielom pomóc w kwestiach technicznych, więc jeden dzień wolnego i jeden dzień urlopu załatwiły się ekspresowo, a ja wczoraj wczesnym popołudniem zlądowałem w stolcu Karkonoszy :)

Swoje wykonałem, można było wracać. Jednak jeszcze udało się zrobić jedną, zupełnie nieplanowaną rzecz - trening po górkach. Wczoraj Jelenia powitała mnie mega pluchą, dziś od rana była co prawda lekka mżawka, ale z tych mniej upierdliwych. Szybki wlot do piwnicy, sprawdzenie czy od ostatniego przyjazdu ze starego trupa a'la mtb nic dodatkowego nie odpadło, dopompowanie kółek i już mnie nie było. Ruszyłem bez kasku, bez dobrego obuwia etc., bo o zabraniu takich zbytków z Poznania nawet nie pomyślałem.

Wiatr z północnego zachodu wiał dość silnie, więc standardowo wybrałem zgodny z nim kierunek jazdy. Na początek 4 kilometry wspinaczki do Siedlęcina, po której już nie pamiętałem co to chłodek. Potem już pofałdowana jazda w górę i w dół, po na szczęście już w większości rozjeżdżonym asfalcie, choć kawałków błocka i śniegu momentami nie brakowało.

W Pasieczniku coś mi odbiło i zamiast dalej kręcić prosto skręciłem na północ, w kierunku Lwówka. No cóż, błądzić jest rzeczą ludzką. Jak i grzeszyć mową, bo stan nawierzchni już po chwili mnie do tego zmusił :) Ale twardym, nie miętkim itp., więc zaciskając zębiszcza pokonywałem kolejne wjazdy i zjazdy. W końcu się poddałem na wysokości Golejowa - miałem co prawda w dół, ale bardziej wszystko przypominało tu drift na lodzie niż zgrabny zjazd na góralu. Zawróciłem.

Jak już wdrapywałem się z powrotem pod górkę to moje zainteresowanie wzbudził wyciąg. Nie, nie narciarski. Psi. Zaczął mnie bowiem z boku gonić jakiś wilczur, na pierwszy rzut oka bez zabezpieczenia. A jednak - Burek przywiązany był do linki wiszącej wysoko nad nim, a reszta działała na zasadzie orczyka. I tak latał sobie w tę i z powrotem. Sprytne. Zdjęcie zrobiłem na szybko, gdyby jednak psia chęć ugryzienia mnie była silniejsza niż owe inspirowane amatorską szkółką narciarską zabezpieczenia :)

Jechałem bardzo ostrożnie, w Pasieczniku jeszcze zaliczyłem jedną górkę pod podmuch, a potem już z wiaterkiem w plecy. Przez 3 kilometry. Potem zaczęło duć z boku i już nie przestało. W międzyczasie wszelkie kawałki śniegu zamieniły się w kałuże, więc śmigałem jak zawodowy bajker wodny, jeśli takowi w ogóle istnieją. A profil trasy pokazuje, że ani w jedną, ani w drugą stronę nie miałem za dużo chwil na relaksacyjne śmiganie w dół.

Wróciłem jak zwykle ostatnio cały usyfiony. Plus był taki, że tym razem to nie ja muszę zająć się praniem :) Niespodziewany wypad rowerowy - jak na luty - uznaję za udany. Niewiele mi potrzeba jak widać :)

Sorry za jakość wpisu i zdjęć. Fotki robiłem jadąc, "z rąsi", a ktokolwiek próbował dodawać wpis na BS tabletem, tak jak ja teraz, wie zapewne, że nerwy trzeba mieć do tego piekelne...


Kategoria Góry


  • DST 33.10km
  • Czas 01:16
  • VAVG 26.13km/h
  • VMAX 40.50km/h
  • Temperatura -1.0°C
  • Podjazdy 90m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

gLUTY - wersja śniegowo-błotna

Niedziela, 8 lutego 2015 · dodano: 08.02.2015 | Komentarze 5

Wczoraj dałem się pokonać przez pogodę i skończyłem na szafocie, czyli chomiku (godzinka na najwyższym obciążeniu, średnia 32 km/h) oraz zrobiłem sobie sześciokilometrowy szybki spacer do pracy. Patrząc na prognozy miałem dziś chrapkę na normalny, przyzwoity (wolny!) dzionek, czyli z udziałem kół, bynajmniej nie zamachowych.

Taaa... Spojrzenie rano za okno i co? Ulice zawalone śniegiem. Co prawda gdybym polegał tylko na spoglądaniu na niebo to już bym startował, i to w krótkich gatkach, bo prezentowało się niebiesko jak opaska Leonarda z Turtlesów (tak, tak, idoli się nie zapomina :P) z płynącymi chmurkami. Problemem były "jedynie" zaspy, lód i takie tam. Postanowiłem zrobić rekonesans w postaci znów sześciokilometrowego spaceru do Lasku Dębińskiego, żeby choć trochę świeżego powietrza łyknąć i skończyć audiobooka "Pan Mercedes" Stephena Kinga (genialny!). Klimacik był, oj był...


Wróciłem do domu, zjadłem śniadanie, podomowiłem się - sielanka. Jednak to niebo nie dawało mi spokoju, tak jak delikatna odwilż za oknem. Oczka Shreka wersja hard, westchnięcie Żony (dziękuję) i już się ubierałem w najstarsze ciuchy i najstarszy kask (ten Lidlowy) - zgoda na godzinkę z kawałkiem pedałowania została wyżebrana. Oczywiście nie szosą - bo gdzie diabeł nie może tam crossa pośle.

Dżizas - jaki był syf na drogach! Błoto pośniegowe, placki śniegu, lekko odmrożone kałuże - żadna szanująca się świnka nie miałaby na co narzekać. O tym, co leżało na ścieżkach wspominać raczej nie muszę. Olewałem więc wszystkie DDR-ki, jechałem asfaltem i ani mi się śniło zjeżdżać na pobocze, bo Sajgon był tam nie mniejszy. Kierowcy oczywiście to rozumieli, wyrozumiale zjeżdżali na bok, ustępowali.... Żartuję oczywiście. Trzy razy usłyszałem klakson, raz ktoś mnie minął o milimetry - co nie pozostało bez reakcji, w moich ustach zdecydowanie nie była to więc święta niedziela...

Dodajmy do tego porywisty, północny wiatr, przez który to jechałem przez miasto (wszystkie możliwe czerwone zaliczone, a jak) i mamy kompleksowy obraz mojej dzisiejszej krótkiej jazdy. Przejechałem przez (a taki paradoks) SUCHY Las i zakręciłem z powrotem zaraz za tablicą graniczną miejscowości Jelonek. Powrót to powtórka z powyższego, tyle że z wiatrem - i tu niespodzianka - bocznym. I love this game :/

Ale, ale... ważne, że się udało. Wróciłem tak usyfiony, że mało co musiałbym podawać hasło przy wejściu do mieszkania - a mało smaczne błotne kawałeczki wyjmuję z zębów do teraz :)

Jutro i pojutrze dwa dni na wyjeździe - nierowerowym. Tym bardziej cieszy ten śniegowo-błotny dzisiejszy glut.




  • DST 52.10km
  • Czas 01:50
  • VAVG 28.42km/h
  • VMAX 43.70km/h
  • Temperatura -4.0°C
  • Podjazdy 86m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Kapcing - c.d.

Piątek, 6 lutego 2015 · dodano: 06.02.2015 | Komentarze 10

Nie wiem czy to pech, czy bardziej złośliwość rzeczy martwych (i to dosłownie), ale ponownie złapałem dziś kapcia w tylnym kole. Przed wyjazdem ciśnienie było ok, początkowo na trasie również, aż tu nagle (a w sumie chyba bardzo nie nagle) - powtórka z poniedziałku - kręcę, męczę się, myślę czemu tak ciężko, staję, sprawdzam ciśnienie - dupa. I to strasznie sflaczała. A że zauważyłem to na dwudziestym kilometrze, za Kobylnicą, to miałem do wyboru: wymieniać dętkę na trasie przy temperaturze minus cztery, zawrócić na piechotkę albo spróbować czy dopompowanie coś da i dokręcić te swoje pięć dych. Wybrałem opcję namber fri.

No i jechałem. A bardziej - "jechałem". Chyba każdy z nas zaliczał komfort jazdy z takim defektem - jak się rozpędziłem do trzech dych to śmierć w oczach i prawie zerwanie ścięgien. A co pięć kilometrów pauza, pompka w ruch i dawaj. Nooo, raz zrobiłem wyjątek i zatrzymałem się kilometr później, bo jeden z piątych kaemów wypadł na wysokości zjazdu do Uazarzewa i teren był zajęty. Przez panie grzybiarki. Odpuściłem - raczej by głupio było przy nich załatwiać temat pękniętej gumy (taki prymitywny żarcik).

Przekroczenie progu domu to był dziś mój ulubiony moment dnia. Taki byłem zrąbany psychicznie i fizycznie zaistniałą sytuacją oraz kręceniem przez miasto, że poczułem ulgę, że stoję na nogach, a nie telepię się z kapciem pod tyłkiem. W domu na szybcika przed pracą jeszcze wymieniłem dętkę, żadnej dziury nie znalazłem, tak samo na oponie, również koło nie wydaje się uszkodzone. Ciekawostka :/





  • DST 51.00km
  • Czas 01:48
  • VAVG 28.33km/h
  • VMAX 41.50km/h
  • Temperatura -1.0°C
  • Podjazdy 127m
  • Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
  • Aktywność Jazda na rowerze

Haczyk

Czwartek, 5 lutego 2015 · dodano: 05.02.2015 | Komentarze 8

Jednak jestem uzależniony. Nie żebym kiedykolwiek w tą wątpił (a już na pewno nie bliskie mi osoby), ale dziś po raz kolejny sam siebie o tym przekonałem. Po dniu przerwy wsiadłbym nawet na hulajnogę, gdyby tylko miała pedały, byleby tylko trochę pokręcić. Trochę mnie to przeraża, bo dwa tygodnie przerwy pewnie skończyłyby się u mnie ostrym załamaniem nerwowym lub - najbardziej ekstremalny przykład - sięgnięciem po lekturę "50 twarzy Greya"... Brrr. Nie chcę o tym myśleć ;)

W każdym razie - gdy okazało się, że czwartek jest dniem bez opadów śniegu, nie trzeba mi było dwa razy powtarzać. W sumie to nie trzeba było ani razu. bo prosto po przebudzeniu obrałem kurs na kuchnię, gdzie mam zaparkowane rowery (dziwne? wcale nie... No dobra, dziwne), co prawda zachowując pozory, że chodziło tylko o zaparzenie kawy. Cross praktycznie sam się osiodłał, a ja po chwili krygowania się zdecydowałem się ruszyć, dając sobie jednak margines na powrót, gdyby było za ślisko.

Nie było. To znaczy może było, ale koła od crossa zasłaniały mi asfalt niemal w 100%, doszła do tego jeszcze mgła, więc się nie wypowiem :) Za to postąpiłem dziś trochę wbrew sobie, bo wiatr wiał z północnego wschodu i wedle własnych zasad powinienem jechać w tym kierunku. Jednak perspektywa upojnej zimowej rundki przez cały Poznań skorygowała mi plany i zrobiłem zgrabny haczyk - najpierw na południe do Żernik, potem przez Tulce i Zalasewo do Swarzędza i nazad.

Zaliczone, spokój psychiczny powrócił.




  • DST 54.50km
  • Czas 01:50
  • VAVG 29.73km/h
  • VMAX 41.70km/h
  • Temperatura 0.0°C
  • Podjazdy 97m
  • Sprzęt Ventyl
  • Aktywność Jazda na rowerze

Bałwanek

Wtorek, 3 lutego 2015 · dodano: 03.02.2015 | Komentarze 17

Tak, bałwanek. Tak wyglądałem gdzieś w końcówce dzisiejszego treningu. Wyjeżdżałem w słońcu, wracałem wśród śniegu z deszczem, początkowo słabiutkim, potem już całkiem konkretnym. Pięknie ośnieżony omijałem wszelkie przydrożne szkoły i przedszkola, coby jakieś małe tałatajstwo nie zaczęło mnie gonić w celu zainstalowania marchewki na nosie i węgielków na oczach :)

Znów nie udało się wycisnąć dobrej średniej, częściowo z powodu śliskiej nawierzchni i ostrożnej jazdy, częściowo z powodu mocnego wiaterku, a częściowo z powodu... funduszy unijnych. Tak nam się PKP rozbisurmaniło z ich wykorzystywaniem, że zafundowało mi kolejny objazd - tym razem spowodowany budową wiaduktu nad przejazdem kolejowym w Mosinie. Tym samym mam komplet - podczas ruszania z domu czekam na mijankach spowodowanych podkopem pod torami, a tam - nadkopem nad nimi. Sytuacja mnie lekko zaskoczyła, bo wiedziałem, że planują tam jakieś prace, ale że zamkną cały przejazd? Zapytałem grzecznie więc panów robotników jak przedostać się na drugą stronę, na co uzyskałem równie miłym tonem: "a tu ma pan przejście, śmiało". Podziękowałem, ruszyłem z rowerem na plecach i poczułem się jak hobbit na granicy Shire i Mordoru - trzy zwodzone mostki, przepaście, czterokołowe potwory dokoła... Jakoś udało się osiągnąć wymarzony drugi brzeg, ale zmieniłem lekko trasę, żeby nie fundować sobie powtórki i zrobiłem kółko od szubienicy przez Żabno, Grzybno i Pecnę. A w Mosinie mój "ulubiony" DDR - znów zwycięski, bo pokonany w jednym kawałku.

Z dobrych newsów - Rowerowy Poznań mi napisał, że poszło pismo do ZDM-u w opisywanym też przeze mnie temacie kartofliska na Hlonda. Oby skuteczne!