Info
Suma podjazdów to 791323 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Czerwiec25 - 50
- 2026, Maj31 - 74
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 52.50km
- Czas 02:03
- VAVG 25.61km/h
- VMAX 43.00km/h
- Temperatura 11.0°C
- Podjazdy 181m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Presadistic :)
Piątek, 27 października 2017 · dodano: 27.10.2017 | Komentarze 11
Zgodnie z zapowiedziami: od rana padało, ale około dziewiątej przestało. Na dwunastą z kolei byłem zapowiedziany z wizytą u dentysty i to za cholerę nie chciało przestać istnieć, tak w mojej świadomości, jak i rzeczywistości. Choć akurat w tym przypadku bym się nie obraził za dublet :)
Gdy na dworze zalegały jeszcze kałuże, osiodłałem crossa, mając w głowie opcję wcześniejszego powrotu z powodu potencjalnego deszczu lub defektu na trasie. Jak na złość, raz jedyny w życiu, gdy bym sobie tego życzył, nie zdarzyła się awaria ani mnie nie zlało. Wszelkie nadzieje na znalezienie wymówki od pojawienia się na fotelu sadystycznym prysły :)
Wykonałem glizdę (nie gluta!) w tę i z powrotem, z małymi jedynie korektami - najpierw z Dębca do Plewisk, tam skręt w kierunku serwisówek, Dąbrówki, Palędzia, Dopiewa, dokrętka do końca świata w Podłozinach, nawrót i już prawie tak samo, ale z zaliczeniem Gołusek.
Nie dość, że wiało jak cholera (a ma wiać jeszcze mocniej... no i padać), było dość nieprzyjemnie, to jeszcze wszystkie drogi na zachód od Poznania były jakimś drogowym koszmarem z powodu poranno-nocnego wypadku na A2, który ją całkowicie zablokował i ludzkość poruszała się objazdami. To jest w ogóle kompletny hit tego naszego trzeciego, mentalnowschodniego świata - dwa szerokie pasy ruchu, jeden awaryjny, ruch teoretycznie bezkolizyjny, bo oddzielony od siebie, a i tak co kilka dni na różnych odcinkach (głównie na tym bezpłatnym) pod Poznaniem słyszę o kolizji zmieszanej z wypadkiem i odwrotnie. No łapy opadają.
Dobrze, że czasem można skręcić do lasu, żeby znaleźć się u siebie i wśród swoich :)
A u dentysty było jak zwykle. Wesoło :)
- DST 53.30km
- Czas 01:54
- VAVG 28.05km/h
- VMAX 50.70km/h
- Temperatura 11.0°C
- Podjazdy 171m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Człowiek doświadczony
Czwartek, 26 października 2017 · dodano: 26.10.2017 | Komentarze 9
Jak wiadomo nie od dziś, jesień ma coś z deklem. Najpierw, całkiem
niedawno, pokazywała swoją śliczną, złotą buźkę, żeby teraz
ukazać paskudny ryj. Zero zdecydowania, jednym słowem -
baba. Nie obrażając oczywiście kobiet, z pełnym uszanowaniem płci
pięknej :)
Wczoraj przegrałem z deszczem (jedynie godzinny kurs na stacjonarnym
chomiku, wykonane 33 km), dziś na szczęście udało się wyjechać, ale
przyjemności w tym było tyle, ile miał słodziutki, maleńki prosiaczek
z tego, że został kotletem. W roli rzeźnika wystąpił dawno
niewidziany gnojek, czyli wiatr. Niby zachodni, ale realnie zmienny i
naprawdę solidny (momentami nie mogłem przekroczyć prędkości większej
niż 22-23 km/h).
Trasa dziś lekko zakręcona, z powodu objazdów. Z Dębca przez Luboń,
Wiry i Komorniki, potem do Plewisk, serwisówkami do Gołusek, Palędzia i
Dopiewa, tam skręt do Konarzewa, skąd znów wróciłem do Palędzia oraz
Gołusek, a już inną drogą dotarłem do Plewisk i wróciłem do
domu.
Jeden dzionek bez roweru i prawie zapomniałem, że poruszam się prawie codziennie wśród innych tubylców, ludzi, którzy w znacznej części powinni mieć genetyczny zakaz prowadzenia czegokolwiek, czyli mieszkańców wschodniej Europy, względnie zachodniej Azji. Polacy, Ukraińcy, Rosjanie – jeden pies, po co ryzykować jedynie swoim życiem, skoro można czimś? Najpierw między Dopiewem a Konarzewem przyuważyłem traktor, zza którego zaczął się wyłaniać SUV, najpierw ostrożnie, żeby sprawdzić, czy nic nie jedzie z naprzeciwka, potem, gdy upewnił się, że owszem, jadę... zaczął wyprzedzać. Finalnie minęliśmy się prawie ocierając uszko o lusterko, a to tylko dlatego, że przyhamowałem. Potem, przed Plewiskami, na zakręcie drogi tak wąskiej, że nawet nie opłaca się malować pasów, wyprzedziły mnie na raz dwa samochody, w tym jeden dostawczy. Pobocze, jak dobrze, że istniejesz...
Za to już na zupełnym luzie, płynnie i dziarsko, pamiętając o tym, co było za mną, minąłem się kawałek dalej z takim oto sympatycznym bolidem (fota niewyraźna, więc może nie widać, że jechał w moim kierunku). Doświadczenie robi swoje :)
A jutro znów ma padać... :/
- DST 52.30km
- Czas 01:52
- VAVG 28.02km/h
- VMAX 50.70km/h
- Temperatura 11.0°C
- Podjazdy 242m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Zaległe 15k
Wtorek, 24 października 2017 · dodano: 24.10.2017 | Komentarze 11
Ciężko mi się dzisiaj jechało. Niby prawie bezwietrznie, ale powietrze jakieś takie zawiesiste i zatykające, że jakiekolwiek myśli o walce w temacie średniej tłumiłem w zarodku. A może to zarodek tłumił mnie? Nieważne, grunt, że znów jechałem tylko po to, żeby dojechać i nic więcej.
Trasę wykonałem tę z serii "AntyDDR-kowy muminek", tyle że odwrotnie niż zazwyczaj, zaczynając od Lubonia przez Wiry, Puszczykowo, Mosinę, Rogalinek, Daszewice, Babki, poznańską Głuszynę, Koninko, Krzesiny, Starołękę i Lasek Dębiński do domu. Przed Głuszyną przypomniałem sobie, że obiecałem kumplowi. iż przy okazji wpadnę wziąć pendrive w celu nagrania kilku ściśle tajnych rzeczy. Szybki telefon w celu zapytania, czy jest w domu (o dziwo był), ustalenie szczegółów (cud, że się dogadaliśmy, bo podobno podczas rozmowy w czasie jazdy przez słuchawki można było usłyszeć głównie coś w rodzaju "szzczczczzjesteszczzcczzbędszzczzcpiętnaśszczminut") i kilkanaście minut później miałem już w kieszonce... przenośny dysk twardy, bo kolega zagubił mniejszy nośnik. Dobrze, że nie laptopa, albo - gdyby akcja działa się kilkadziesiąt lat temu - komputer Odra. Bo bym musiał wozić ze sobą mobilną wersję Titanica :)
Przez urlop przeoczyłem fakt przekroczenia piętnastu tysięcy kilosów w tym roku. Niniejszym nadrabiam tę informację, zapewne najbardziej istotną w historii ludzkości. Kolejne będzie info jak zapewnić sobie nieśmiertelność, ale tu jeszcze brakuje mi kilku szczegółów, więc dam znać, gdy je poznam ;)
A od jutra podobno znów deszcze :/
- DST 53.70km
- Czas 01:55
- VAVG 28.02km/h
- VMAX 51.60km/h
- Temperatura 11.0°C
- Podjazdy 165m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
StereoTyp
Poniedziałek, 23 października 2017 · dodano: 23.10.2017 | Komentarze 11
Powrót do pourlopowej rzeczywistości to jak wiadomo ciężka sprawa. U mnie nie jest inaczej, a gdy jeszcze wchodzi w grę mobilizacja do wcześniejszego wyjazdu na rower to w ogóle jestem za tym, żeby zakazać chodzenia do roboty :)
Zimno, ponuro, na drzewach już łyso - tak wyglądała moja dzisiejsza trasa (Poznań - Plewiska - Skórzewo - Wysogotowo - Sierosław - Więckowice - Dopiewo - Palędze - Dąbrówka - Plewiska - Poznań). Nie miałem więc specjalnej ochoty na dociskanie tempa, czyli - zgodnie z kolarską terminologią - chyba jechałem w tlenie. A bardziej w smogu :) Wiatr niezbyt silny, choć na otwartych przestrzeniach (czyli prawie wszędzie) dawał o sobie znać z północnego zachodu.
Przygód nie było, prócz jednej pod sam koniec, na remontowanej ulicy Ostatniej. Bohaterów dwóch: ja, jadący drogą, zamiast zamkniętą dla rowerzystów DDR-ką, oraz - jakby na zawołanie - żywy stereotyp: młody byczek w czapeczce, dresiku, jadący VW Golfem. Akcja: klakson i machanie łapami w kierunku nieczynnej ścieżki. Reakcja: hmm, głośna i dosadna, pokazywanie barierek gratis. Finał: spotkanie na światłach i po wyjaśnieniach... przeprosiny od Żywego StereoTypa :) Wybaczyłem :)
- DST 54.20km
- Czas 02:03
- VAVG 26.44km/h
- VMAX 43.00km/h
- Temperatura 12.0°C
- Podjazdy 221m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Elegancko
Niedziela, 22 października 2017 · dodano: 22.10.2017 | Komentarze 6
Zgodnie z prognozami, od rana dziś padało. Zgodnie z prognozami byłem spokojny, bo na popołudnie zapowiadano przejaśnienia. Zgodnie z prognozami oznaczało o dziwo... zgodne z rzeczywistością :) Raz na jakiś czas widocznie nawet pogodynki robią błędy i się nie mylą :)
Najpierw się wyspałem, potem zjadłem domowe śniadanie, jeszcze trochę poleniuchowałem, aż w końcu zauważyłem, że nie pada. No to co - zielone światło od Żony, zaprzęgnięcie crossa i w drogę. Pierwsze co mnie spotkało po wyruszeniu to... deszcz, ale na szczęście już nieduży, poza tym po chwili zniknął. Wiatr niespecjalnie silny, ale jakiś taki niezdecydowany, więc - co nie szokuje - nie pomógł mi dzisiaj w ogóle.
Pojechałem po prostu na południe, w kierunku Lubonia. Tam niespodzianka - z racji tego, że oddano do użytku wiadukt na styku z Łęczycą, zamknięto drogę z Wirów, którą kręciłem. Oczywiście - jak to w Luboniu - nie racząc poinformować o tym jakimkolwiek znakiem wcześniejszym niż ten przed samymi zasiekami. Ale że się wracać nie lubię, to pokonałem je tak, jak się pokonuje zasieki, na wszelki wypadek w kluczowym momencie zamykając oczy, żeby nie być świadkiem tego procederu :) A sam wiadukt doczeka się mojej osobnej recenzji, bo już widzę, że będzie tam rowerowy bubel - jak to Luboniu. Poczekam jednak do momentu, gdy go oficjalnie ukończą, bo na razie zalega tam masa, a jak!, kostki brukowej. Już się "cieszę" :/
Potem już bez suprajsów - Puszczykowo, Mosina, objazd przez Krosno do Żabienka i Żabna, tam skręt w kierunku Baranówka przez Rogaliński Park Krajobrazowy. Prz nim się na chwilę zatrzymałem, więc przy okazji zapraszam do odnalezienia wątku smoleńskiego na poniższej fotce :)
Przez Krajkowo wróciłem do Mosiny, gdzie cyknąłem jeszcze fotę najbardziej znanego mieszkańca tej miejscowości - niejakiego Eleganta z Mosiny :)
No i swoimi śladami przez Puszczykowo oraz Luboń dotarłem do domu. Ostatni dzień urlopu uznaję za odbyty. I tu powinien być emotikon oznaczający rozdzieranie szat. Ale go nie ma, więc w zamian Relive :)
- DST 52.00km
- Czas 01:45
- VAVG 29.71km/h
- VMAX 50.80km/h
- Temperatura 14.0°C
- Podjazdy 215m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Plan B
Sobota, 21 października 2017 · dodano: 21.10.2017 | Komentarze 5
Wczoraj wieczorem nastąpił tryumfalny powrót do Poznania. Im bardziej robiło się płasko, tym bardziej nachodziła mnie myśl o szosie. Nie ma co, już się stęskniłem za jazdą czymś w miarę lekkim, a nie sprzętem mogącym służyć do obrony terytorialnej :)
A tu... zonk. Gdy sprawdziłem kontrolnie stan roweru, ze zdziwieniem zauważyłem to, czego w przedwyjazdowym pędzie nie widziałem - pękniętą szprychę w przednim kole. Żeby było jeszcze ciekawiej, powietrza w dętce było z grubsza tyle, ile tłuszczu na przeciętnej anorektyczce. Kumulacja pecha. Postanowiłem nie bawić się w szukanie dnia następnego (weekend...) serwisu, który uzupełni ubytek, tylko w końcu zamontować leżące do tej pory w piwnicy rezerwowe koło, kupione w pośpiechu przy ostatniej podobnej awarii. Niestety ma ono dwa minusy - brak samozamykacza (wtedy innego na stanie nie było) oraz wysoki stożek. I ten właśnie stożek skomplikował mi życie - nie miałem bowiem na stanie gumy z aż tak długim wentylem, więc zamontowałem standardową, jak się okazało dziś - po prostu źle, nie mogąc dopchnąć do końca wentyla. W jego okolicy pozostało małe wybrzuszenie.
Ruszając miałem pewne obawy, co z tego wyjdzie. Niestety słuszne. Na szczęście wybrałem sobie taką trasę, żeby mieć plan 'B", z czego jestem osobiście dumny, bo może ze mnie dupa, nie serwisant, ale już strateg zdecydowanie lepszy :) Z Dębca przez Luboń i Puszczykowo aż do Mosiny jechałem powolutku, bo obserwowałem dziwne turlanie z przodu, a gdy znalazłem się w Mosinie wiedziałem już, gdzie się udać. Na kolegę z tamtejszego serwisu zawsze mogę liczyć, i dzięki Allahowi tak jest, bo gdy nabywałem dętki z właściwym wentylem okazało się, że jednak ta zamontowana przeze mnie pękła i powoli traciła powietrze. Nie było wyjścia - mimo sporego ruchu w sklepie udało się w międzyczasie wymienić gumę, a ja przy okazji dostałem kilka rad, jak zabierać się za to, jeśli posiada się dość tanie opony, takie jak moje.
Zanim ruszyłem dalej byłem jeszcze świadkiem odebrania z serwisu, po montażu szytek, dwóch kół, które warte są z grubsza cztery razy tyle, ile mój rower, czyli osiem tysięcy. Sama praca nad klejeniem i jakimś tam glazocośtam, trwa podobno ze dwie godziny, a schnie toto około doby. O dziwo właściciel na nich jeździ, i to sporo, co przy tym segmencie kwotowym nie zawsze jest normą :)
Od wyjazdu ze sklepu moja dalsza droga zrobiła się jakby łatwiejsza :) Dokręciłem całego "kondomika", przez Dymaczewo, Łódź, Stęszew i Komorniki, a że pełzało mi się całkiem dobrze, to tym bardziej żałowałem owej pierwszej połowy, bo mógł być godny wynik. I nawet nie wiało jeszcze specjalnie mocno! Za to jutro ma lać, a poza tym czas powoli szykować się do powrotu do pracy. To tak żeby zejść na ziemię ;/
Ładnie jeszcze dziś było.
- DST 54.20km
- Czas 02:10
- VAVG 25.02km/h
- VMAX 67.50km/h
- Temperatura 12.0°C
- Podjazdy 751m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Górkokręceniowe finito
Piątek, 20 października 2017 · dodano: 20.10.2017 | Komentarze 8
Nadszedł w końcu
ten dzień, gdy należało się pożegnać nie tylko z
górkami (smutna buźka), ale i powoli z urlopem (smutny wielki,
obleśny i paskudny ryj). Nic nie trwa wiecznie, raz się żyje, a
gdzie kucharek sześć tam dwanaście cycków (takie nawiązanie do
Rudaw), więc jedyne co pozostało to zastosować się do jeszcze
jednego przysłowia: kto rano wstaje, ten nie tylko leje jak z cebra,
ale i ma szansę na pokręcenie przed wyjazdem :)
Zastosowałem tę
ludową mądrość i ruszyłem skoro świt. Co na
jeszcze-póki-co-urlopie oznacza koło dziewiątej :) Niestety
wyczuwalna już powoli była zapowiadana wszem i wobec zmiana pogody
– założyłem dodatkową porcję ciuchów oraz rękawiczki
długopalczaste (oczywiście musiałem je potem na trasie
pościągać), no i wiatr wrócił – może jeszcze nie mocny, ale
do komfortu milutkiego, lekkiego zefirka z ostatnich dni sporo
brakowało.
Na ten finałowy
wypad zaplanowałem trasę „czysto” karkonoską. Przez
jeleniogórskie Cieplice wydostałem się na Trasę Czeską...


...i mijając m.in.
Piechowice dotarłem do klu dzisiejszego wyjazdu, czyli
ośmiokilometrowej serpentynki w górę, która doprowadziła mnie do
Szklarskiej Poręby Górnej. Tyle razy już tam byłem i to
opisywałem (a nawet filmowałem), że nawet nie zatrzymywałem się
na zdjęcia, robiąc tylko wyjątek dla samego centrum oraz
wypierdka, na którym znajduje się dworzec PKP.


Wjazd jak wjazd,
cieszyło mnie jedno – to, co następuje po nim :) Udało mi się
rozpędzić podczas zjazdu do 67,5 km/h, a mogło być pewnie i z
osiemdziesiąt, ale po prostu nie chciałem ryzykować tym moim
trupem. On już swoje w rowerowym życiu się nastresował, niech ma
spokojną emeryturę.
Końcówka to powrót
przez Piechowice, jeleniogórski Sobieszów, Zachełmie…
...oraz koło
podgórzyńskich stawów, które mają u mnie sporego minusa.
Przedwczoraj byliśmy tam chłonąć widoki i nie tylko (choć ja tam
mogę sobie co najwyżej popić browara browarem lub zagryźć frytki
frytkami), a tu „niespodzianka” - wciąż stoi stary, klasyczny grzybek z
pomostami, ale zaczęto budować jakieś wielkie paskudztwo,
drewniany barak, o póki co nieznanych mi funkcjach. Nie tylko psuje
(przynajmniej teraz, gdy jest w trakcie stawiania) panoramę miejsca,
ale góruje nad całym, do tej pory swojskim, przytulnym i zgrabnym
kawałkiem ziemi. Paskudztwo. W związku z tym zdjęcie zrobiłem
kawałek dalej, niestety przy gorszej widoczności oraz perspektywie,
ale niech mają za swoje! :)
Końcówka to
jeszcze chwila kręcenia między Cieplicami a centrum Jeleniej oraz…
koniec. Czas wracać. Dobrze, że to miejsce mogę mieć na
wyciągnięcie ręki, mimo niemałej odległości. To pozwala na
spokojny powrót do też fajnej, choć kompletnie innej, Pyrlandii.
Na koniec kilka
zdjęć z wczorajszego spaceru po Parku Norweskim w Cieplicach.
Uwielbiam to miejsce. A że limit mi się ostał, to… :)



TU Relive z dziś.
- DST 53.80km
- Czas 02:08
- VAVG 25.22km/h
- VMAX 52.90km/h
- Temperatura 16.0°C
- Podjazdy 783m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Niewidoki
Czwartek, 19 października 2017 · dodano: 19.10.2017 | Komentarze 5
Gdy dziś rano wyruszałem, wiedziałem jedno - przynajmniej przez jakiś czas nie będę musiał martwić się pewnym codziennym dylematem, który zawsze towarzyszy mi podczas wypadów w góry, a mianowicie: gdzie się zatrzymać, żeby cyknąć fotkę. Człowiek wielkopolsko spłaszczony doznaje tu zawsze oczopląsu, nawet mimo sporego życiowego doświadczenia.
Dzisiaj poszło jakoś łatwiej. W samej Jeleniej było co prawda standardowo, ale już zaraz za jej granicami nie widziałem żadnych przeszkód do jazdy. Najogólniej mówiąc :)
Tu przykładowe ujęcie z Łomnicy. Za mostem prosto pałac, na prawo kierunek na Karpacz, na lewo Wojanów. Powtórzyć? :)
W Bobrowie zaczęło być jakoś takoś jaśniej, widziałem nawet drogę, którą jadę, w perspektywie dalszej niż solidne splunięcie...

...a w Trzcińsku zaczęły się już pojawiać Rudawy, z Sokolikiem w tle.
Ucieszyło mnie to na tyle, że w końcu wymyśliłem plan dalszej wycieczki i postanowiłem najpierw (podobnie jak wczoraj) zaliczyć Przełęcz Karpnicką, skupiając się na jej mniej docenianych walorach...
...a w samym Karpnikach skręcić na Przełęcz pod Średnicą, którą dotarłem do Kowar, przy okazji jeszcze w Strużnicy uwieczniając idealnie zachowaną drewnianą chałupę, zapewne poniemiecką (no bo jaką inną na tych ziemiach?).



Z Kowar znanym śladem poleciaaaaaaaaaaaaaałem w dół, zatrzymując się dopiero przed Karpaczem, na widok Śnieżki z koniną :)
Natomiast potem, od Miłkowa przez Sosnówkę oraz Staniszów do samej Jeleniej, jeśli już coś klikałem, to tylko na potrzeby Relive (trasofilmik tu).
Było fajnie, zacnie i pogodowo idealnie. Wiatr nie męczył, upał nie dręczył. Nie ma na co narzekać, więc prędko kończę ten irracjonalny wpis :) A jutro nadrobię bajsktatsowe zaległości.
- DST 54.00km
- Czas 02:09
- VAVG 25.12km/h
- VMAX 65.50km/h
- Temperatura 17.0°C
- Podjazdy 684m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
Miedzi(ozachci)anka
Środa, 18 października 2017 · dodano: 18.10.2017 | Komentarze 10
Póki co wciąż
mamy październik, a nie piździernik, do tego bardzo zacny. Wbrew
wstępnym prognozom, wiatr ku mojemu zadowoleniu zamiast z zachodu
zaczął wiać z południowego wschodu (i to słabo!), co oznaczało
jedno – kierunek Rudawy. Mało co mnie tak cieszy :)
Rano było jeszcze
zimno – czyli fajnie – oraz mało widokowo – czyli niefajnie.
Jednak na samym początku trasy nie za wiele było do oglądania,
więc skupiałem się na wartkiej akcji audiobooka. Przyjemniej
zaczęło się robić kawałek za Jelenią, pomiędzy Wojanowem a…
Jelenią, czyli na górce koło Jasiowej Doliny, a następnie na
wyjazdówce do Radomierza. Tam zatrzymałem się na pierwsze dziś
zdjęcie. Jak widać szalu nie było, choć rudawskie cycuchy jak
zwykle wyraźnie się odznaczały :)
Po zjeździe do
Janowic zerknąłem sobie (załóżmy, że przypadkiem) za torami w lewo, a gdy zobaczyłem rozjazd
kolejowy z jednej, a pewną drogę w górę z drugiej…
...już wiedziałem,
gdzie za chwilę się udam. Miedzianka kusiła jak zwykle :) Zacząłem
się wspinać, wspinać, wspinać…
...aż się
zatrzymałem na chwilę, żeby zrobić fotkę współczesnego
browaru, po drugiej stronie panoramci Rudaw. 

Wtedy nagle zobaczyłem,
że biegnie do mnie pies staruszek, a za nim drepcze podobnie
prezentujący się pan. Czworonóg przywitał się ze mną sam z
niczego serdecznie (no co, lubię zwierzęta, a one chyba mnie), a to
samo również zrobił dwunóg, gdy tylko zapytałem, czy mogę
psiakowi cyknąć zdjęcie. 
I tak - w połowie drogi na Miedzianą Górę -
spędziłem kilka minut na rozmowie o tej okolicy, o upadających
zakładach pracy w Jeleniej Górze, a także o samej Miedziance. Tu z
ciekawości zapytałem o zdanie prawie miejscowego (bo mieszkańca
Janowic) o sytuację miejscowości i otrzymałem parę newsów,
między innymi o tym, że będą budować się tu ludzie z…
Warszawy. Łapy opadają. Boję się tego, że za jakiś czas
Miedzianka odżyje w ten sposób, że będą po nim codziennie
spacerować sobie „rdzenni tubylcy XXI wieku”, czyli hipsterzy z
Wawy, Poznania, Wrocka czy Krakowa… Oby nie!
Ładnie się
pożegnaliśmy, po spotkaniu, które zostanie mi w głowie, i
ruszyłem dalej w górę.
Tam postanowiłem
zachować na zdjęciu po raz kolejny jeden z najważniejszych swego
czasu budynków tego miasteczka-trupa (opisywanego przeze mnie już wielokrotnie oraz raz filmowanego), czyli pozostałość knajpy
Schwarzer Adler. Teraz jest to przykład polskiego syfu, a niegdyś - u schyłku świetności - miejsce, w którym nie tylko toczyło się bogate życie, ale wręcz przeciwnie - powiesiła się pierwsza Niemka (było ich później dużo
więcej) na wieść o nadchodzących wojskach radzieckich, z obawy przed sporym ryzykiem masowego gwałtu, z którego słynęły.
Podczas zjazdu
uchwyciłem jeszcze kościół (na szczęście on mnie nie).
A potem już
chwytałem jedynie kierownicę, bo rozpędziłem się do godnej
prędkości :)
Powrót od Janowic
do domu już był klasyczny – Trzcińsko, Przełęcz Karpnicka,
Karpniki, Krogulec, Bukowiec, Mysłakowice, Łomnica, Jelenia. Bez
historii, prócz tej, że musiałem nadrabiać lenistwo podczas
wspinania się pod górki, więc na koniec będzie tylko kilka jesiennych
fotek. Same one są słabe, ale jesień jest przepiękna, więc remis
:) A ja jak zwykle na urlopie nie mam czasu na dłuższe dywagacje,
więc kończę.



Miedziankowe Relive tu.
- DST 63.00km
- Czas 02:31
- VAVG 25.03km/h
- VMAX 58.30km/h
- Temperatura 19.0°C
- Podjazdy 852m
- Sprzęt Zimówka - góral (na emeryturze)
- Aktywność Jazda na rowerze
O.K.Raj :)
Wtorek, 17 października 2017 · dodano: 17.10.2017 | Komentarze 15
Druga część zaległego urlopu skierowała nas w góry (Sudety, czyli moje!) - destynacja (jak to mawiają korpohipsteroczubki, których normalny język kole) mniej zaskakująca niż morze sprzed tygodnia :)
Rano (czyli w wynegocjowanym czasie na rower) zacząłem się zastanawiać, gdzie by tu się wybrać. Nagle mnie olśniło - przecież rekomenduję każdemu wjazd na Okraj, a sam byłem tam ostatnio... eee... sto lat temu? Nie, może ciut wcześniej, w każdym razie już po ataku Niemiec na Czechy, który odbył się przez tę przełęcz :) Jak pomyślałem, tak zrobiłem i w okolicach dziewiątej ruszyłem na podbój najwyższego w Polsce przejścia granicznego, który już na szczęście funkcjonuje jedynie pro forma. Muszę tu niestety dodać swą nieśmiałą obawę - póki co...
Sądzę, że spora część bajsktatowiczów wie, z czym się je ta smakowita potrawa, więc nie będę się rozpisywał. Od Jeleniej Góry przez Mysłakowice i Kostrzycę prawie płaską drogą dotarłem do Kowar, które ominąłem obwodnicą, ukazującą wszelkie "walory" tej miejscowości. Największy jest jeszcze przed nią - kiedyś się w końcu zawali i przestanie psuć widok na góry :)
Tu zaczyna się kilkunastokilometrowa orka pod górę, najpierw dość łagodna, za to bardzo otwarta na podmuchy wiatru (którego dziś prawie nie było), potem już w terenie zalesionym, ale bardziej wymagająca od kręcącego.


Natomiast ostatni odcinek to poezja. Dla miłośników lekkiego (bardzo lekkiego) dance macabre :)

No i w końcu szczyt. Dwie granice - północna i południowa, ogarnięte w przeciągu tygodnia. Mały Blitzkrieg, do tego na dwóch różnych czołgach :)



Jak widać atrakcji za wiele na szczycie nie było (moglem jedynie posłuchać jak po czesku brzmi trauma zwana w Polsce wuefem), szybko więc zawróciłem i o o dziwo zjazd poszedł mi nieco szybciej :) Choć jedno zauważyłem - dobra zmiana nie ogarnęła jeszcze remontu nawierzchni na finałowym odcinku i chyba nigdy nie ogarnie. Może i lepiej? :)
Powrót swoimi śladami, z małym wyjątkiem - zaliczyłem jeszcze objazd przez Łomnicę, bo tamtejszy pałac zawsze podobał mi się w barwach jesieni. Nie zawiodłem się.
Byłem ciekaw jak Relive przedstawia górskie wycieczki - przyzwoicie. A na samym końcu mapka z wjazdu, która pokazuje łagodność trasy :)
Przepięknie się zrobiło w górach, a ja wyjątkowo trafiłem z terminem przyjazdu. Podejrzane to jakieś :) Po popołudniu zrobiliśmy jeszcze jedenastokilometrowy spacer, wpis dodaję na styku dni, więc wybaczcie, ale zaległości na BS nadrobię jutro (wersja optymistyczna).






