Info
Suma podjazdów to 784507 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Maj8 - 12
- 2026, Kwiecień30 - 50
- 2026, Marzec31 - 65
- 2026, Luty28 - 51
- 2026, Styczeń31 - 72
- 2025, Grudzień31 - 80
- 2025, Listopad30 - 70
- 2025, Październik31 - 96
- 2025, Wrzesień30 - 125
- 2025, Sierpień31 - 144
- 2025, Lipiec31 - 188
- 2025, Czerwiec30 - 147
- 2025, Maj31 - 187
- 2025, Kwiecień30 - 156
- 2025, Marzec31 - 204
- 2025, Luty28 - 178
- 2025, Styczeń31 - 168
- 2024, Grudzień31 - 239
- 2024, Listopad30 - 201
- 2024, Październik31 - 208
- 2024, Wrzesień30 - 212
- 2024, Sierpień32 - 210
- 2024, Lipiec31 - 179
- 2024, Czerwiec30 - 197
- 2024, Maj31 - 268
- 2024, Kwiecień30 - 251
- 2024, Marzec31 - 232
- 2024, Luty29 - 222
- 2024, Styczeń31 - 254
- 2023, Grudzień31 - 297
- 2023, Listopad30 - 285
- 2023, Październik31 - 214
- 2023, Wrzesień30 - 267
- 2023, Sierpień31 - 251
- 2023, Lipiec32 - 229
- 2023, Czerwiec31 - 156
- 2023, Maj31 - 240
- 2023, Kwiecień30 - 289
- 2023, Marzec31 - 260
- 2023, Luty28 - 240
- 2023, Styczeń31 - 254
- 2022, Grudzień31 - 311
- 2022, Listopad30 - 265
- 2022, Październik31 - 233
- 2022, Wrzesień30 - 159
- 2022, Sierpień31 - 271
- 2022, Lipiec31 - 346
- 2022, Czerwiec30 - 326
- 2022, Maj31 - 321
- 2022, Kwiecień30 - 343
- 2022, Marzec31 - 375
- 2022, Luty28 - 350
- 2022, Styczeń31 - 387
- 2021, Grudzień31 - 391
- 2021, Listopad29 - 266
- 2021, Październik31 - 296
- 2021, Wrzesień30 - 274
- 2021, Sierpień31 - 368
- 2021, Lipiec30 - 349
- 2021, Czerwiec30 - 359
- 2021, Maj31 - 406
- 2021, Kwiecień30 - 457
- 2021, Marzec31 - 440
- 2021, Luty28 - 329
- 2021, Styczeń31 - 413
- 2020, Grudzień31 - 379
- 2020, Listopad30 - 439
- 2020, Październik31 - 442
- 2020, Wrzesień30 - 352
- 2020, Sierpień31 - 355
- 2020, Lipiec31 - 369
- 2020, Czerwiec31 - 473
- 2020, Maj32 - 459
- 2020, Kwiecień31 - 728
- 2020, Marzec32 - 515
- 2020, Luty29 - 303
- 2020, Styczeń31 - 392
- 2019, Grudzień32 - 391
- 2019, Listopad30 - 388
- 2019, Październik32 - 424
- 2019, Wrzesień30 - 324
- 2019, Sierpień31 - 348
- 2019, Lipiec31 - 383
- 2019, Czerwiec30 - 301
- 2019, Maj31 - 375
- 2019, Kwiecień30 - 411
- 2019, Marzec31 - 327
- 2019, Luty28 - 249
- 2019, Styczeń28 - 355
- 2018, Grudzień30 - 541
- 2018, Listopad30 - 452
- 2018, Październik31 - 498
- 2018, Wrzesień30 - 399
- 2018, Sierpień31 - 543
- 2018, Lipiec30 - 402
- 2018, Czerwiec30 - 291
- 2018, Maj31 - 309
- 2018, Kwiecień31 - 284
- 2018, Marzec30 - 277
- 2018, Luty28 - 238
- 2018, Styczeń31 - 257
- 2017, Grudzień27 - 185
- 2017, Listopad29 - 278
- 2017, Październik29 - 247
- 2017, Wrzesień30 - 356
- 2017, Sierpień31 - 299
- 2017, Lipiec31 - 408
- 2017, Czerwiec30 - 390
- 2017, Maj30 - 242
- 2017, Kwiecień30 - 263
- 2017, Marzec31 - 393
- 2017, Luty26 - 363
- 2017, Styczeń27 - 351
- 2016, Grudzień29 - 266
- 2016, Listopad30 - 327
- 2016, Październik27 - 234
- 2016, Wrzesień30 - 297
- 2016, Sierpień30 - 300
- 2016, Lipiec32 - 271
- 2016, Czerwiec29 - 406
- 2016, Maj32 - 236
- 2016, Kwiecień29 - 292
- 2016, Marzec29 - 299
- 2016, Luty25 - 167
- 2016, Styczeń19 - 184
- 2015, Grudzień27 - 170
- 2015, Listopad20 - 136
- 2015, Październik29 - 157
- 2015, Wrzesień30 - 197
- 2015, Sierpień31 - 94
- 2015, Lipiec31 - 196
- 2015, Czerwiec30 - 158
- 2015, Maj31 - 169
- 2015, Kwiecień27 - 222
- 2015, Marzec28 - 210
- 2015, Luty25 - 248
- 2015, Styczeń27 - 187
- 2014, Grudzień25 - 139
- 2014, Listopad26 - 123
- 2014, Październik26 - 75
- 2014, Wrzesień29 - 63
- 2014, Sierpień28 - 64
- 2014, Lipiec27 - 54
- 2014, Czerwiec29 - 82
- 2014, Maj28 - 76
- 2014, Kwiecień22 - 61
- 2014, Marzec21 - 25
- 2014, Luty20 - 40
- 2014, Styczeń15 - 37
- 2013, Grudzień21 - 28
- 2013, Listopad10 - 10
- DST 54.30km
- Czas 01:59
- VAVG 27.38km/h
- VMAX 51.30km/h
- Temperatura 15.0°C
- Podjazdy 230m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Na pszczółkę
Czwartek, 7 września 2017 · dodano: 07.09.2017 | Komentarze 25
Wykonałem dziś trasę praktycznie w 99% pokrywającą się z tą wczorajszą. Nie żebym nagle stał się wyznawcą CTR-C+CTRL-V, wręcz przeciwnie, nie lubię jeździć dwa dni pod rząd w te same miejsca, ale miałem do wykonania w Mosinie pewną misję. I to zakupową. Taki rowerowy shopping. Dodam, iż z tego słownego miksa pierwszy człon uwielbiam, a drugi nienawidzę z całego serca.
Ruszyłem dość późno (znów wolny dzionek), ale nie tylko dlatego, że mogłem się wyspać (choć był to niebagatelny argument), a również z powodu pogody, która zdecydowanie nie zachęcała do działania. W nocy i nad ranem padało, potem na szczęście przestało, ale zimno z zewnątrz pukało do okien. Zimno to zresztą mały Pikuś, nawet często z nim sympatyzuję, gorzej z wiatrem, który już całkowicie postanowił zatrzeć dobre wrażenie, jakie pozostawił po sobie z końcówki sierpnia.
Słowem: w ogóle nie wiało, nic a nic. O, na przykład tak jak tu:
Dość powiedzieć, że przez ten wiatr, którego przecież w WLKP nie ma, w połowie trasy, po pokonaniu odcinka z Poznania przez Luboń, Komorniki, Szreniawę, Stęszew i Łódź, na liczniku miałem średnią o astronomicznej wartości 24 km/h. Co gorsza, w drugiej połowie (Dymaczewo - Mosina - Puszczykowo - Luboń - Wiry - Poznań) rzadko odczuwałem pomocny oddech, a bardziej boczne kuksańce. No i skończyło się tak, jak się skończyło.
No ale nacierpiałem się nie bez powodu. W Mosinie bowiem czekał na mnie bagażnik do mocowania na sztycę. Tę akurat część bałem się zamawiać przez neta, no i dobrze zrobiłem. Bowiem doświadczenie mnie już nauczyło, iż jeśli w przypadku części rowerowych stoi jak byk w opisie: "uniwersalny, mocowanie do każdego rozmiaru" to akurat ten mój będzie tym jedynym, wyjątkowym, do którego pasować nie będzie :) A że wczoraj zatrzymałem się na chwilę, żeby kurtuazyjnie przywitać z właścicielem tamtejszego rowerowego i okazało się, iż ma na stanie coś, co będziemy mogli przymierzyć na miejscu, nie zastanawiałem się i zgadałem, iż wpadnę z torbą, którą wcześniej już posiadałem i zobaczymy czy wszystko gra.
Oczywiście zestaw uniwersalnych mocowań, pasujących do wszystkiego, nie pasował :). To znaczy gumy/uszczelki, czy jak tam je nazwać, były albo za wąskie, albo za luźne. Ale od czego są fachowcy :) Kolega wykonał kilka magicznych zaklęć narzędziami, znalazł gdzieś u siebie odpowiednią podkładkę i... działa. Raz jeszcze brawa dla Red Bajk w Mosinie. Niniejszym wracałem takim czymś, wyglądając jak przeżarta lub przepita pszczoła.
Po drodze kupiłem chleb i bułki, żeby zobaczyć jak się jedzie z małym obciążeniem (spoko). Całość zgrabnie się trzyma, choć ów przymiotnik kompletnie tu nie pasuje :) Muszę jeszcze przetestować z poważniejszą zawartością. A po co mi w ogóle ten wynalazek? Na razie nie chcę zapeszać. W każdym razie po dojechaniu do domu póki co zestaw został zdemontowany, choć kusiło zostawić tak, jak jest, w celu drażnienia weekendowych "propsów" :P
- DST 55.50km
- Czas 01:51
- VAVG 30.00km/h
- VMAX 51.30km/h
- Temperatura 20.0°C
- Podjazdy 250m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Słońdomik :)
Środa, 6 września 2017 · dodano: 06.09.2017 | Komentarze 6
Dostałem dziś wyjątkowy przywilej wyspania się, a do tego możliwość konsumpcji śniadania przed wyjazdem. Polecam jedno i drugie, bo pomaga samopoczuciu w wejściu na właściwe obroty, ale zauważyłem również pewien minus. Tak się bowiem mentalnie rozleniwiłem, że zapomniałem wziąć ze sobą zarówno dokumentów, pieniędzy jak i kart płatniczych.
Że kręcę goły i wesoły zorientowałem się gdzieś na piątym kilometrze, a że cofać się nienawidzę to postanowiłem, iż jadę dalej. Normalnie emocje jak na grzybach, szczególnie po tym jak się zje któregoś z czarnej listy :) Jednak tak już mam, że zacząłem wyobrażać sobie (urodzony optymista ze mnie) oczyma wyobraźni jakiś poważny defekt w połowie drogi lub na przykład przebitą dętkę, w jednej rezerwowej zepsuty wentyl, a w drugiej fabrycznie wykonaną dziurę. Albo że podczas wymiany będzie mnie mijała kolumna BOR-u (co już samo w sobie jest niebezpieczne) z Błaszczakiem w środku, który mnie jakimś cudem pozna, bo mu donieśli o tym blogu, ten każe mi się wylegitymować, ja powiem, że nie mam przy sobie prostokątnego kawałka plastiku, za co wyląduję na dołku z mamą małej Madzi z Sosnowca, gwałcicielami z Rimini (z wyrytymi na czołach: "uchodźcy, których chciał do Polski wpuszczać Tusk przez osiem ostatnich lat rządów PO"), albo co gorsza - innymi krytykami partii nam miłościwie burdel z kraju robiącej. No ale o dziwo nic takiego się nie stało :P
Wykonałem wariację na temat "kondomika", tyle że po zmianach wyszedł słonik. Poznań - Luboń - Komorniki - Szreniawa - Stęszew - Łódź - Dymaczewo - Mosina - Puszczykowo - Luboń - dom. Jako że wszędzie dookoła zakwitły jakieś remonty i objazdy, przetestowałem nową trasę przez "centrum" Lubonia, którą niedawno odkryłem, jadąc tam zupełnie nierowerowo. Okazało się, że to coś, co kojarzy mi się z beznadziejnymi DDR-kami, korkami, PZ-tami najgorszego sortu oraz bucami, ma coś na kształt rynku, a nawet pomnik. Mi się skojarzył z Korczakiem, ale po żmudnym przeszukiwaniu sieci (bo podpisu raczyć nie dali) okazało się, że to ławeczka Edmunda Bojanowskiego, co mi mówiło tyle, że nie znam człowieka. Okazało się, że już jest na etapie błogosławieństwa. I tyle. Obok za to znajduje się kobieta z dziurą, cokolwiek to oznacza i jakkolwiek brzmi :)

Jechało się spoko, bo zrobiło się przyjemnie ciepło, a wmordewind okazał się do pokonania, choć łatwo się z nim nie walczyło. No i nie padało, taka nowość w tym miesiącu ;) A mi się zawsze ryj cieszy, gdy objeżdżam okolice Wielkopolskiego Parku Narodowego, nawet szosami.



- DST 32.40km
- Czas 01:13
- VAVG 26.63km/h
- VMAX 51.50km/h
- Temperatura 17.0°C
- Podjazdy 116m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Glut rosnący
Wtorek, 5 września 2017 · dodano: 05.09.2017 | Komentarze 8
Kończy się niestety sezon bezglutenowy, zaczyna glutenowy. Na pięć dni września to już mój drugi glut, jak tak dalej pójdzie to będę musiał pomyśleć nad jakąś nową nazwą tego miesiąca, zawierającą w sobie słowo "smark". Szczerze mówiąc to nic mi nie przychodzi na myśl. Wrześmark brzmi zbyt topornie :)
W każdym razie wleciało dziś jedynie 30+, bo rano mżyło solidnie, a jak przestało to miałem jedynie około godziny czasu na kręcenie, bo w robocie znów alert, co oznacza dla mnie dodatkowy zarobek, czym nie gardzę. No bo jak to tak? :) Ruszyłem po raz kolejny na zachodnie kółeczko, tyle że krótsze i crossem, z Dębca przez zasieki w Plewiskach, Skórzewo, Dąbrowę, serwisówki, Plewiska i do domu.
Wiało godnie, fragmentami jeszcze mnie skropiło, usyfiłem się jak pracownik korpo mentalnie po awansie na wyższe stanowisko, ale mimo wszystko fajnie było. Spotkałem też dziwny bicykl (może tylko mi wydaje się dziwny, bo nie jestem na bieżąco z nowościami rowerowymi):
W sumie tylko dwa koła są na ścieżce :)
- DST 63.10km
- Czas 02:13
- VAVG 28.47km/h
- VMAX 50.60km/h
- Temperatura 16.0°C
- Podjazdy 162m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Jak w Wąchocku
Poniedziałek, 4 września 2017 · dodano: 04.09.2017 | Komentarze 2
Pierwsze co usłyszałem po wyciągnięciu dziś szosy z domu było zdanie wykrzyczane przez jakiegoś małego gnojka do matki: "ale wieje!". Wielkie dzięki za skuteczną demotywację :) Ale i bez niej widziałem i czułem, co mnie czeka, bo drzew za oknami mam sporo, a one tańcząc gałęziami i liśćmi nie dawały za bardzo złudzeń co do przyjemnej przejażdżki.
Ale był plus. Nie padało, mimo że miało. Czas się jednak powoli przygotowywać na "sezon", bo pogoda już przypomina o kolejnej miesięcznicy. Tej listopadowej :) A skoro już jesteśmy w tej tematyce, to niezawodny rysownik Janek Koza jest jak zwykle w doskonałej formie:
Ruszyłem na zachód, szlakiem utartym i znanym na pamięć, czyli z Dębca przez Luboń, Wiry, Komorniki, Szreniawę, Chomęcice, Kona.... Nie, wrrrrróć!
W Chomęcicach przywitał mnie bowiem taki oto znak:
Eeee....? Ale jak? Że co? Spojrzałem na telefon, tam data odległa od pierwszego kwietnia. Jako żem Tomasz, a imię zobowiązuje, postanowiłem nie uwierzyć i kręciłem dalej. Oto wynik:
Cóż, wciąż miałem wątpliwości. Przecież nie zamierzałem pod tę wichurę rozpędzić się nawet do 30 km/h - to jedno, a poza tym uznałem, iż potrafię się poruszać po mieście i w tym czasie komunikować, więc spełniam kryterium "komunikacja miejska" :) Odważnie ruszyłem, by za kilkaset metrów bardzo nieodważnie stanąć i ostatecznie zawrócić. Na ten widok:
Sorry, ale na maraton rzeźnika się nie piszę. Poczułem się jak w Wąchocku. Mi też zwinęli asfalt. Co było robić - pokręciłem sugerowanymi objazdami, kawałek z tak samo zaskoczonym starszym, a całkiem konkretnie pędzącym kolarzem (nawet nie było jak pogadać, bo porywy wiatru zagłuszały własne myśli) do Głuchowa, potem serwisówkami do Gołusek, Palędzia, Dąbrówki, tam skręciłem na Dąbrowę i wzdłuż drogi 307, Skórzewa oraz Plewisk jakoś dotarłem do domu.
Dawno nic mnie tak nie negatywnie nie zaskoczyło. Nooo, może wynik ostatnich wyborów :) W tym miejscu będzie prawdopodobnie wiadukt na trasie kolejnego odcinka S11. Termin ponownego otwarcia jest mi nieznany, ale znając życie i tak od tego zaplanowanego mogę sobie śmiało doliczyć kolejny rok. Cóż zrobić... Pozostaje szukać alternatyw. Za to wleciała kolejna dożynka, znów słabiutka.
Po południu - korzystając z wolnego - zrobiłem jeszcze prawie 11 kilosów po Lasku Dębińskim, bo mi się zachciało przyrody i terenu. Dystans całkowity zawiera ten dodatek.
- DST 57.90km
- Czas 02:01
- VAVG 28.71km/h
- VMAX 52.80km/h
- Temperatura 15.0°C
- Podjazdy 308m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Do... kościoła :)
Niedziela, 3 września 2017 · dodano: 03.09.2017 | Komentarze 18
Spokojnie, nie rzuciło mi się na główkę :) Tytuł powinien bowiem jeszcze zawierać przedrostek "nie", w dowolnym miejscu. Wybrałem się bowiem dziś - korzystając z prognoz, które zapowiadały wiatr z północy (bardzo zimny i przed południem całkiem solidny) - na poznańskie Morasko, z którego kilka dni temu (o czym pisałem) pan ksiądz wykasował nielegalnie nieczynny kościół, pstrykając magicznym guziczkiem od wysadzania. Oczywiście nie zrobił tego osobiście, a za pomocą odpowiednich fachmanów, za to dutki, które będzie można zarobić za wynajem lub sprzedaż terenu trafią już w odpowiednie łapki, nie mam co do tego żadnych wątpliwości.
Nie mogłem sobie odpuścić i musiałem zobaczyć, jak wygląda kościół, którego nie ma, mimo że miał być zabytkiem. Taka poznańska Miedzianka, tylko że odwrotna - tam został kościół, a nie ma miasta, tu jest miasto, a nie ma kościoła. Cóż, widok jest dość smutny, bo ja naprawdę lubię puste budynki sakralne. Szczególnie bez duchownych.

Jak widać... widać niewiele. A tak to samo miejsce wyglądało jeszcze kilka dni temu (zdjęcie załączam dzięki "uprzejmości" Wikipedii, stąd różnica w ilości liści na drzewach):
Obiecuję z wewnętrznej ciekawości trzymać rękę na pulsie. Będę dawał znać, gdy tylko się wyjaśni co znajdzie się na wyburzonym terenie.
Teraz o reszcie wyjazdu. Tak jak wspomniałem wiało dość mocno zimnem, a że na Morasko z Dębca miałem dobre kilkanaście kilometrów jazdy po mieście, to już na starcie odpuściłem walkę o dobry wynik. Nie zawiodłem się - mimo niedzieli zaliczyłem na oko jakieś 80% czerwonych świateł. Za to uniknąłem deszczu i to o dziwo, gdyż gdy dojechałem do domu okazało się, że nad południem Poznania przeszła mini ulewa, a ja dojechałem o suchym kasku.
Trasa: Dębiec - Głogowska - Kaponiera - Sołacz - Piątkowo - Morasko - Suchy Las - Złotkowo - Sobota - Rokietnica - Kiekrz - Wola - Grunwald - Górczyn - Dębiec. 


Wleciało kilka kilosów ponad normę, ale nad tym płakał nie będę. No i ta Wielkopolska, taka płaska... :)


Na koniec przesłanie z łazarskiego fyrtla. Sama prawda! No to... klik, klik! :)
- DST 53.70km
- Czas 01:53
- VAVG 28.51km/h
- VMAX 51.20km/h
- Temperatura 14.0°C
- Podjazdy 182m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Rozaliowo
Sobota, 2 września 2017 · dodano: 02.09.2017 | Komentarze 9
Jak wiadomo - pisałem już o tym wielokrotnie - w tym kraju rzadko jest normalnie (pod każdym względem), więc prawie mnie nie dziwi, że przedwczoraj temperatura podchodziła pod trzydzieści stopni, a dziś ledwo zahaczała o czternaście kresek. Generalnie jestem zwolennikiem tej drugiej, lepszej (byle nie dobrej!) zmiany, tylko czemu w pakiecie pojawił się przenikliwie zimny wiatr, kosztem tego w miarę przyjaznego z końcówki sierpnia?
No czemu?
Cisza. Tak myślałem :)
W każdym razie dzisiejszy wyjazd należał do tych "bezspinowych", bo odczuwalne doznania były na poziomie szanującej się, polskiej, burej jesieni. Przynajmniej z rana, bo później nawet pojawiło się słońce. Mnie natomiast, podobnie jak wczoraj, dokładnie w momencie, gdy znalazłem się na dworze, przywitały krople deszczu. Na szczęście towarzyszyły mi jedynie przez kilka pierwszych kilometrów, odpuszczając, ale na niebie pozostały ciężkie, prawie burzowe chmury, które w każdej chwili groziły potencjalną możliwością zmiany dyscypliny na windsurfing :)
Miałem jednak na to patent. Jeśli ktoś pamięta kultowe, genialne komiksy z Tytusem de Zoo, zapewne do dziś w głowie ma wierszyk z Księgi Drugiej, której bohaterką była Rozalia czyli koń mechaniczny:

Specjalnie postarałem się o ów wycinek, łatwo nie było, ale czego się nie robi dla blogaska :) Niniejszym, wierząc w Papcia Chmiela, bacznie spoglądałem bystrym wzrokiem. A nawet groźnym. I... udało się. Nie zmokłem :)
Jeśli chodzi o trasę to wykonałem wariant zachodni (Poznań - Plewiska - Zakrzewo - Więckowice - Dopiewo - Palędzie - Dąbrówka - Plewiska - Poznań), który niestety głównie zawiera pola, pola, a nawet jeszcze więcej pól, więc ochrony przed wiatrem nie było żadnej. Jednak liczy się wykonanie tych pięciu kolejnych dych, już mniej jakość wykonania.
Wpadły dwie nowe dożynki: z okolic Dopiewa oraz Plewisk. Nic specjalnego dla doświadczonego dożynkarza, ale kolekcja rośnie :)

- DST 34.50km
- Czas 01:21
- VAVG 25.56km/h
- VMAX 43.00km/h
- Temperatura 16.0°C
- Podjazdy 92m
- Sprzęt Cross - ST(a)R(uszek)
- Aktywność Jazda na rowerze
Glut okienkowy
Piątek, 1 września 2017 · dodano: 01.09.2017 | Komentarze 6
Tak jak sierpień zakończył się z otwartą z radości japą. tak wrzesień rozpoczął się hasłem "do dupy". Co kto lubi :) W sumie to ciekawe, że diametralna zmiana pogody zbiegła się równo z inauguracją nowego miesiąca. O nadchodzących wielkimi krokami obradach Sejmu nie wspomnę, choć nie ukrywam, że mi się owo skojarzenie nasunęło jako jedno z pierwszych.
W nocy lało, nad ranem padało, by w końcu po ósmej przestać. Taktycznie odczekałem pół godziny, poświęcając ów czas na uzupełnienie niedoborów kofeiny oraz analizę stratosfery. Czy może troposfery? Nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem. W każdym razie była błędna :) Bowiem gdy już byłem pewien, że wyczekałem na idealny moment do startu, ubrałem się, wyniosłem crossa z klatki i usiadłem na siodełku... zaczęło kropić. No ok, przeżyję, pewnie zaraz przestanie - odezwał się wewnętrzny optymista. Debil jeden :) W miarę ok jechało mi się przez Górczyn, Bułgarską, a nawet większość Bukowskiej. Było mokro, ale bez przesady.
Za Ławicą sytuacja się skomplikowała - ilość kropel spadających na mój łeb wzrastała z każdą minutą, tak samo jak gramatura coraz bardziej chlupiących butów. Postanowiłem więc na wysokości Dąbrowy zawrócić, a w tym momencie lunęło już konkretnie, więc powrót przez Skórzewo i rozkopane Plewiska to już bardziej był rower wodny niż klasyczny. W dodatku właśnie w Plewiskach trafiła się ciamajda w ciężarówce, jadąca sobie bezstresowo 10 km/h, a za nim sznurek pojazdów, w tym mój dwukołowy. Po jakimś kilometrze znalazła się luka w ciężaroprzestrzeni, dzięki której udało się wyminąć zawalidrogę.
Do domu wkroczyłem w stanie półpłynnym, a gorący prysznic był jedynym lekarstwem, żeby nie wyruszyć zasmarkany do pracy. Kilkanaście minut później przestało padać... Okienko mi zdecydowanie nie poszło, no ale przynajmniej nie ma już upałów - odezwał się na koniec wewnętrzny optymista :)
Podsumowanie sierpnia - 1660 km, jazda wszystkimi trzema rowerami (szosa, cross, mtb-trup) po płaskim i po górach. Średnia - niecałe 29 km/h. Warunki do jazdy na początku bardzo średnie, pod koniec niemal idealne.
Na deser smakowity raport ze ścieżek Green Velo na wysokości Elbląga. Sądzę, że warto poświęcić tę minutę, żeby docenić to, co ma się u siebie :)
- DST 67.70km
- Czas 02:20
- VAVG 29.01km/h
- VMAX 62.40km/h
- Temperatura 27.0°C
- Podjazdy 346m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Just duet :)
Czwartek, 31 sierpnia 2017 · dodano: 31.08.2017 | Komentarze 16
Plan na dziś miał wyglądać ciut inaczej, Miała pęknąć stówka, gdyż na ostatni dzionek miesiąca zamierzałem wziąć sobie urlop, a tymczasem kumpel z mojego pracowniczego kołchozu się rozchorował i znów musiałem łatać kadrowe luki. No życie. Jednak udało się chociaż połowicznie wykonać to, co ustaliłem, tym razem nie sam.
Zgadałem się bowiem z Marcinem, którego kilka miesięcy temu spotkałem na trasie, a że jechało oraz gadało się sympatycznie, to wymieniliśmy się telefonami, wstępnie ugadując na przyszłościowy wypad. Nie było to łatwe, bo kolega wstaje codziennie do pracy o jakichś kosmicznych godzinach typu 3:30 rano (czyli w nocy) i zgranie terminów wcześniej było mało realne. Dziś również, bo w południe miałem być w robocie, a najwcześniej spotkać się w jakimś miejscu można było około 9. No ale jak się chce, to się uda :)
Kompromisowo zgadaliśmy się na mieście, choć akurat tę jego część ciężko uznać za zbyt cywilizowaną. Za to nazwy ulic: Piwna i Browarna zawsze dobrze rokują na początek wypadu :) Ja najpierw musiałem zaliczyć kilkanaście kilosów przez Poznań, z południa na północ, co jak zwykle nie należało do czynności, które wykonuje się z bananem na ryju. Zaraz za mostem Rocha prawie bym wpadł na jakiejś dwie zagapione rowerowe niedołęgi, które tak umiejętnie zatrzymały się przed przejazdem rowerowym, że mimo zielonego światła blokowały ruch. Już chciałem powiedzieć kilka słów o umiejętnościach jazdy na dwóch kółkach, ale w ostatniej chwili zauważyłem, że mają dziwnie jednorodne stroje, a na plecach napis "Policja". Ups :) Patrol rowerowy - coś mi się wydaje - zobaczę jeszcze nie raz, czego już się boję, bo sprytnie się smerfiki kamuflują.
Już w duecie ruszyliśmy przez Kobylepole, Franowo (tam lekka pomyłka i cofka, z mojej winy), Koninko, Głuszynę, Babki, Daszewice, Wiórek, w Rogalinku skręcając na Mosinę. Średnią i tak miałem już przez przepychanie się przez miasto zmasakrowaną, więc początkowo jechaliśmy spokojnie gadając, potem jednak wiatr spod znaku "centralnie w pysk" zmotywował do przyciśnięcia. Marcin co prawda nie ma czasu na codzienne treningi, jednak dzielnie dawał radę, mając w perspektywie Bike Challenge na najdłuższym dystansie.
W Wiórku wpadła jedna dożynka, ale taka "se", więc wklejam tylko pro forma.
Robiło się coraz cieplej, czego osobiście nienawidzę, więc motywacja do jazdy lekko spadała, ale i tak kolega dostał propozycję nie do odrzucenia: pierwszy w życiu podjazd pod Osową. A jak :) Przyjął misję dzielnie, tak samo wspiął się na samą górę, a po reakcji widziałem, że mam na koncie kolejnego miłośnika tego podjazdu :) W nagrodę otrzymał podjazdową fotę :) No i jak zauważyłem trasa też się podobała.
Zjazd był jeszcze lepszy niż wjazd, co nie dziwi :) Potem już, w końcu z wiatrem, przez Puszczykowo, Wiry oraz Luboń dojechaliśmy Poznania, gdzie każdy pokręcił w swoją stronę. Ja byłem już praktycznie pod domem, kolega miał doń kilkanaście, ale do planowanej stówy z tego co wiem nie dokręcał, czemu się nie dziwię, bo pod koniec słoneczna menda zrobiła mi pod kaskiem galaretę z mózgu.
Mój dzisiejszy towarzysz dał radę, dzielnie trzymał tempo - widać, że tylko częstsze wyjazdy i będzie moc. Spokojnie poradzi sobie na Bike Challenge, gdzie już nie będzie czasu na pogaduchy, a na konkretne kręcenie (ja dziś w ogóle nie patrzyłem na średnią, bo wyjazd typowo towarzyski). W każdym razie trzymam kciuki, choć za tego typu imprezami nie przepadam. Miło też było usłyszeć kilka ciepłych słów na temat swojej kondychy. Dzięki i pozdro :)
Trasa w wersji z apki Relive TUTAJ.
W pracy o dziwo byłem punktualnie. Noooooo, załóżmy :)
- DST 51.75km
- Czas 01:47
- VAVG 29.02km/h
- VMAX 52.00km/h
- Temperatura 20.0°C
- Podjazdy 240m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
Parówożynki
Środa, 30 sierpnia 2017 · dodano: 30.08.2017 | Komentarze 13
Ufff... Parówa lekka się zaczęła. Granica 25 stopni to dla mnie wrota osobistego Mordoru, więc dzisiejsza jazda była nastawiona na pełzanie i wspominanie widoku lodowców oraz obydwu biegunów. Podziałało o tyle, że finalna średnia pozostała na plusie, mikrym, ale plusie :)
Bez zbędnego rozpisywania się: trasę wykonałem "muminkową", przez Lasek Dębiński, Starołękę, Krzesiny, Koninko, Głuszynę, Babki, Daszewice, Wiórek, Rogalinek, Mosinę, Puszczykowo (tu zaliczenie bonusowej hopki w bok), Luboń i do domu. Wiatr zaczął zachowywać się standardowo, czyli znów nie dało się go ogarnąć :)
W końcu upolowałem pierwszą tegoroczną wielkopolską dożynkę, w Rogalinku. A nawet dożynę, bo była w formacie 7D, czyli klasyk w designie "Auschwitz" (choć oczy wybitnie aryjskie) oraz menażeria. Krowa jest małym dziełem sztuki, przyznam :) 

- DST 51.60km
- Czas 01:43
- VAVG 30.06km/h
- VMAX 52.00km/h
- Temperatura 20.0°C
- Podjazdy 201m
- Sprzęt Ventyl
- Aktywność Jazda na rowerze
BłęKit
Wtorek, 29 sierpnia 2017 · dodano: 29.08.2017 | Komentarze 16
AB_S-a ciąg dalszy. Ciepło w stopniu niegroźnym, słońce nieortodoksyjne, za to wiatr dziś dziwnie kręcił - gdy miał mi wiać według prognoz w pysk, to wydawało mi się, że chwilowo pomaga, gdy zrobiłem nawrotkę stał się upierdliwy, mimo że flagi pokazywały, iż powinien wspierać. A i tak w większości szturchał z boku, więc musiałem się trochę napocić, żeby wycisnąć te średnicowe trzy dychy. Udało się na styk. Wczoraj było ciut lepiej, ale to oczywiste, bo jechałem w stroju o barwach czerwieni, dziś na niebiesko, a jak wiadomo czerwony jest szybszy :)
Trasę zrobiłem o TAKĄ. Z Dębca wbiłem na Wartostradę, następnie wzdłuż Bałtyckiej (tam zakwitłem na przejeździe kolejowym, podziwiając trzy składy) i Warszawskiej do Swarzędza, w Paczkowie skręciłem na Siekierki, Tulce i Żerniki, ostatni kawałek pokonując przez Krzesiny, Starołękę oraz Lasek Dębiński. Łapczywie łapałem ostatnie widoki na wakacyjne miejskie ulice, które już niedługo wrócą do standardu, czyli zakorkowanego syfu.


Na deser ciekawy news. Pan ksiądz z poznańskiego Moraska postanowił sobie zburzyć zamknięty kościół, który za kilka tygodni miał być wpisany do rejestru zabytków. Jak pomyślał, tak zrobił, oczywiście bez zezwolenia, bo kto w tych czasach sukienkowym zabroni? Mieszkańcy chcieli tu dom kultury, ale cóż, prawdopodobnie będzie parking, a kasa ze sprzedaży terenu trafi do studni bez dna, czyli kurii. Dodam, że kościół był zbudowany w dwudziestoleciu międzywojennym ze składek mieszkańców.
Mnie już nawet cała sytuacja nie dziwi, nie irytuje, choć uwielbiam stare, puste kościoły, w przeciwieństwie do pełnych. Bo ręce dzięki życiu w tym kraju dawno już opadły mi poniżej podłogi. No ale jakby ktoś miał jeszcze zdrowie do zgłębienia tematu, podaję LINK. Człowiek czasem żałuje, że nie ma tatusia księdza - życie byłoby łatwiejsze :)






