No, w końcu dzisiaj jestem zadowolony z tego, że widziałem góry, i to zarówno Karkonosze, jak i Rudawy :)
Wyjazd na raty, bo znów wstałem wcześnie (cholera, trzeba się oduczyć) i zdążyłem zrobić taktycznie lekko ponad dwadzieścia kilometrów przed śniadaniem zaplanowanym na okolice dziewiątej. Wystarczyło na kursik góra-dól do samego końca Staniszowa i z powrotem do Jeleniej.
A po nażarciu już ulubiony, choć lekko skrócony klasyk: Jelenia Góra - Dąbrowica - Wojanów - Bobrów - Trzcińsko - Przełęcz Karpnicka - Karpniki - Łomnica - Jelenia Góra.
Już tak nie wiało, ale i tak jechałem wolno, bo widoki i zwierzaki zmuszały do częstych pauz. Na samopocieszenie: jeden szoszon wyprzedzony, co na tym moim trupie uważam za sukces :)
Fotki. Zaczynamy od początku :)
Widoki ze Staniszowa oraz znajomy bażant: A potem już ukochane Rudawy. Co należy zrobić widząc tonącego? Zdjęcie :) A na poważnie: ktoś pływał w gliniankach, więc uchwyciłem. Bogactwo ptasie dzisiaj. Pliszka siwa i górska, kormoran oraz to, co najbardziej mnie ucieszyło - cierpliwa kania ruda. Mega fajny wypad :)
Kolejny dzionek bez specjalnych widoków, ale za to z mocnym wiatrem. Hurra :)
Ponownie wczesna pobudka, co w sumie się opłaciło, bo akurat jadąc Trasą Czeską trafiłem na jeden z niewielu tego dnia przebłysków, a przy okazji na moment, gdy mgły i chmury zaczęły się przenikać, więc skorzystałem.
Trasa to misja "oscypek" do Szklarskiej i z powrotem, ale z kilkoma wariacjami, czyli: Jelenia Góra - Cieplice - Wojcieszyce - Piechowice - Szklarska Poręba Górna - Szklarska Poręba Dolna - Piechowice - Sobieszów - Zachełmie - Podgórzyn - Cieplice - Jelenia Góra.
Wspomniany genialny moment: Szklarska i momenty obowiązkowe :) Droga wzdłuż Stawów Podgórzyńskich jest zamknięta, bo chyba - grrrrr - jakąś śmieszkę robią, ale oczywiście sobie z tym poradziłem. Przy okazji udało się uchwycić czernice, gęgawy i głowienki. No ale niestety szykuje się wielka akcja zwalniania ptaków :) Średnia nie istniała. I w sumie dobrze :)
PS. większość kierowców wyprzedzało mnie "standardowo", ale jeden przefajnie, czyli zjeżdżając na drugi pas na wąskich serpentynach prowadzących do Szklarskiej. Nie było zaskoczenia: z tyłu hak, a na haku rower. Aż pomachałem. A potem... zobaczyłem to samo auto oraz jego właściciela na stacji PKP i oczywiście pozdrowiłem i podziękowałem, a w reakcji otrzymałem machające owacje. Można? Można :)
Po przeanalizowaniu prognoz na dziś taktyka wydawała się prosta - wstać wcześnie, pokręcić i zdążyć przed opadami.
Taaa, wstać wcześnie, hehe :)
No ale udało się - na nogach byłem już w środku nocy, czyli lekko po siódmej.
Ciągle mega wiało (co widać po średniej), ale przynajmniej dzisiaj nie musiałem nagle wracać, więc choć rzeźbiłem na bieżąco, to trasa wyszła w miarę zgrabnie, z zahaczeniem o Karpacz Dolny: Jelenia Góra - Czarne - Staniszów - Sosnówka - Miłków - Ścięgny - Karpacz - Miłków - Kostrzyca - Bukowiec - Krogulec - Karpniki - Łomnica - Wojanów - Dąbrowica - Jelenia Góra.
Niestety z widokami cienko, bo góry widziałem tylko przez kilka momentów, Śnieżki w ogóle, za to chmur od cholery. No ale coś tam udało się uchwycić, bo w Rudawach chwilowo się lekko przejaśniło. Gdy robiłem powyższe zdjęcie pałacu w Bukowcu, uchwyciłem znak czasów... Z ptaków pluszcz... ...oraz bażant. Zdążyłem, padać zaczęło jednak później, niż wróżki zapowiadały.
Tyle że - ze względu na gorący (tym razem chodzi o święta) okres - za dużo tych górek w tych wpisach nie będzie. A i wpisy treściowo krótkie.
Przyjazd wczoraj wieczorem, odespanie, i rano na rower, oczywiście po sprawdzeniu czy jeszcze jeździ. Jako tako tak :)
Pogoda wizualnie przepiękna, w praktyce mała rzeź, za sprawą huraganu, bo to nie był zwykły wiatr. Masakra. Do tego niby wiał z południowego wschodu, a w praktyce skąd chciał, a chciał mi w pysk. Średnia poniżej krytyki w związku z tym.
Zamarzyły mi się Rudawy, no i prawie bym je ładnie łyknął, gdyby nie nagła konieczność powrotu do Jeleniej na dwunastym kilometrze (siła wyższa), a potem już nie było sensu pchać się w tym samym kierunku.
Fotki oczywiście być muszą, więc są :) Ale bez podziału, z grubsza jednak robione po kolei, czyli najpierw kawałek Rudaw, a potem Karkonosze. Uciekły mi nurogęsi... ...i ledwo dała się uchwycić makolągwa. A jutro... ma lać :/
Misja wykonana, jak zwykle było miło i sympatycznie.
Ciepło i cięgle wietrznie, oczywiście wmordewindowo :/
Fotki to dzisiaj już bardziej wyraźny niż ostatnio błotniak stawowy... ...bocian... ...oraz pierwsza tegoroczna ta, która wiosny nie czyni. A jednak :) Rzepak też o czymś świadczy :)
Pobudka po siódmej, kawka, ogarnianie się i w drogę.
Wydawało się, że będzie fajnie i lekko, bo i ciepło, i pogodnie. Nic z tego - południowy, silny wiatr wiał albo w pysk, albo z boku. W plecy nie raczył.
Jedna z moich ulubionych alei na poznańskim Sypniewie już ma dach :) Baloty odwiedzone, ale już mało co widać, bo rzepak zaczyna rządzić :/ Ze zwierzaków polny łowca... ...niewyraźny skowronek... ...ciut bardziej wyraźna kania ruda... ...oraz kura, która zrobiła mały zator na środku drogi w Daszewicach. Miała to generalnie w kuprze :) Dystans z dojazdem do pracy, ale Czarnuchem, bo po południu miało padać.
Wolny poniedziałek po pracującym weekendzie to jak oddech po wydostaniu się z bagna. Tak, zdecydowanie nie jestem pracoholikiem :)
Odespanie, leniuchowanie i wyjazd na rower. Późno, bo koło jedenastej.
Po raz pierwszy na krótko, bo zrobiło się nad wyraz ciepło - niby lekko ponad dwadzieścia na plusie, ale w pewnym momencie licznik pokazywał prawie trzydzieści. A fuj.
No wiało. Może nie tak mocno jak ostatnio, ale ciągle w pysk.
W oddali udało się wypatrzeć pierwszego togorocznego błotniaka stawowego. Ze szpakiem było łatwiej :) Trafiła się też spylająca sarenka. Rowerówka tym razem z Trzcielina. Pieska dzisiaj nie byo :(
Niedziela niestety też pracująca. No bywa od czasu do czasu.
Co zaś robi prezydent miasta w - tak się akurat składa - niedzielę handlową? Organizuje półmaraton i zamyka ulice w centrum :) Mi to akurat mało przeszkadzało, bo rowerem jechałem w inne rejony, ale jak widać planowanie miastem to nie jest mocna strona włodarzy. W końcu lepiej planować Wartostradę przez Dębinę niż myśleć o tym, czy jakaś sportowa impreza nie skomplikuje komuś życia...
Z pozytywów: słonecznie i nawet ciepło było, a wiatr z tych średnich, głównie przeszkadzał, ale nie robił tragedii.
Niestety rozpoczyna się sezon na rzepak. Już mało co widać, a będzie gorzej... Na szczęście nie wszędzie. Rowerówka z miejsca kultowego :) A na Dębinie integracja sójki z samicą dzięcioła dużego :) Dystans z dojazdem do pracy.
Weekend spędzam uroczo, czyli w pracy, więc - co zrozumiałe - od samego rana towarzyszy mi radość i optymizm. Czy może myśli samobójcze? Nooo, w każdym razie jedno albo drugie :)
Wyjazd przed dziewiątą, w stanie kompletnego niewyspania, bo Kropa zażyczyła sobie wyjście o 4:50... No cóż, jak mus, to mus.
Zrobiło się cieplej, a i wiatr lekko odpuścił, choć do ideału (czyli ciszy) jeszcze sporo brakuje.
Pustułkę spotkałem i nawet uwieczniłem, ale w szarości zdjęcie jakościowo średnie. Podobnie z żurawiem. Żółw dzisiaj się schował, ale za to znów zaskoczyła mnie znajoma kibicka gdy stanąłem sprawdzić stan zażólwienia :) No nie mogło znów skończyć się inaczej niż radosnym głaskaniem, a potem zbieraniem sierści przez całą drogę powrotną. Rowerówka z Dębiny, a dystans zawiera drogę do roboty.
Było tak paskudnie, że nawet nie chciało mi się zatrzymywać. Ale skoro polowała gdzieś na polu pliszka siwa... ...i przechadzały się żurawie... ...to trzeba było :)
Klasyk szary jak cholera. Żeby wpis był chociaż trochę kolorowy - rudzik z Dębiny. Dystans z dojazdem do pracy.
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"