Szukałem jakichś zwierzaków, nawet wlazłem w kukurydzę, ale niestety kiszka. No nic, czas poczekać do sianokosów. W Trzcielinie oczywiście niezawodnie :) Chociaż na Dębinie można było coś uchwycić, na przykład kwiczoła z obiadem. Dystans z dojazdem do pracy.
W nocy była ostra burza, więc oczywiście nad ranem wszędzie na śmieszkach pojawiły się ślimaki. No cóż, znam rowerzystów i wiem, że mało który się nimi przejmuje, więc olałem średnią i trzy przeniosłem. W tym Yodę :) W Trzcielinie wiadomo kto :) Jeszcze rowerówka... ...i zaskoczona czapla, która udaje drzewo :) Dystans z dojazdem do pracy.
Lato. Lato wszędzie :) Znów kiszka ze zwierzakami. Jedynie kruk dał się uchwycić z czymś dziwnym w dziobie. A taki dziadek wyprzedził mnie, gdy jechałem pod wiatr w okolicach 30 km/h. Nawet bym szanował, gdyby nie to, że zrobił to... bez pedałowania :) Cholerne motorynki. Dystans z dojazdem do pracy.
Nie wydarzyło się kompletnie nic po drodze. Null. Albo wydarzało się całkiem sporo, tylko przez zboża, kukurydzę albo wysoką trawę nic nie widziałem. Najgorszy czas pod względem foto. Więc żeby nie było łyso, to sójka spotkana na Dębinie :) W Trzcielinie dwa śpiochy, ale nie chciałem ich angażować i zdjęcie tylko z daleka. No i jeszcze coś, co prędzej czy później musiało się wydarzyć na debilnej śmieszce między Komornikami a Szreniawą. Przeorane barierki, szkło, plamy na asfalcie. Oczywiście długa prosta i zapewne idealne warunki do jazdy. Polska. Względne Ukraina, innych nie podejrzewam. No i takie zagadnienie: zmuszenie rowerzystów do kumulacji tylko po jednej stronie drogi zamiast budowy szerokiego pobocza po obydwu, powoduje, że przy bardzo nieszczęśliwym zbiegu wydarzeń ofiary będą skumulowane w jednym miejscu. Nikt o tym nie myśli, bo kilometraż śmieszkowy jest ważniejszy...
Leniwa niedziela, a jednocześnie ostatni dzień mojego wolnego. Przede mną maraton w pracy, więc starałem się odespać na zaś, choć coś podejrzewam, że to może nie zadziałać :)
Wyjazd około jedenastej, przy fajnej aurze - czyli było dość ciepło, ale zamiast słońca chmury, więc nie dało się ugotować. Takie lato to ja rozumiem.
"Moje" nowe miejsce w Kamionkach nie zawiodło. W trawie wypatrzyłem czajkę, a mnie z kolei wypatrzyły gąsiorek oraz mazurek :) No i z przyjemnością patrzy się na kwitnącą facelię błękitną. To już jej czas. Na jutro zapowiada się samo zło - praca i jakieś opady :/
Pyknąłem sobie dzisiaj "kondominium". A co, raz na jakiś czas trzeba sobie przypomnieć, jak urzędnicy pod płaszczykiem "polityki rowerowej" potrafią spieprzyć nawet najlepszą trasę.
Pamiętam, że kilka lat temu jeździłem tamtędy (Poznań - Luboń - Łęczyca - Puszczykowo - Mosina - Krosinko - Dymaczewo Stare - Dymaczewo Nowe - Łódź - Witobel - Stęszew - Dębienko - Trzebaw - Rosnówko - Szreniawa - Rosnowo - Komorniki - Poznań) co kilka dni. Wystarczyło przemęczyć się jazdą przez Luboń, a potem zaliczyć (lub nie) gównośmieszkę w Łęczycy, by polecieć Szosą Poznańską przez WPN, a potem delektować długimi prostymi do Stęszewa i potem praktycznie do Poznania. Teraz niestety jest "lepiej" po Polsku, czyli absurd goni absurd. A ja, jako świadomy rowerzysta, zgodnie z logiką wybieram inne drogi, gdzie jeszcze nie zdążono mnie uszczęśliwić na siłę. Dzisiaj odświeżyłem sobie pamięć, na jakiś czas starczy.
Przynajmniej słonecznie było, choć zapowiadano deszcze. Wiało mocno, ale mimo wszystko wyjątkowo dość sprawiedliwie, z południa. Tu najsmaczniejszy smaczek. Tak, to wjazd na DDR. W Kanale Mosińskim rośnie młode łabędzie pokolenie :) A po południu szybkie spojrzenie na parowóz. Niestety znów z Poznania do Wolsztyna jedzie... tyłem.
Przyjemność z jazdy na wąskich kołach przyjemnością, ale ten cholerny wiatr mógłby choć raz w życiu mi pomóc, a nie ciągle utrudniać życie. Dzisiaj nie był mocny, ale wiał ciągle w pysk, więc wynik poniżej krytyki. Trochę tłumaczy mnie to, że przez remont w Śródce musiałem jechać budowanym jeszcze chodnikiem po piachu, a na Głuszynie walczyć z wahadłami. Ale tylko trochę :)
Skoro Szczodrzykowo, to obowiązkowa sesja :) Dzisiaj na bogato - perkozy, gęgawy, młode śmieszki, kokoszki oraz łyski. Był jeszcze bociek. Czyli dzień udany :)
Najpierw musiałem odespać urlop. Jak zwykle :) Dobrze, że zaplanowałem jeszcze wolne po nim.
Odsypianie zostało wspomożone przez deszcz, który pojawił się jakoś po dziewiątej. Na szczęście potem przestało padać, choć nie do końca - dopadło mnie jakoś w połowie, na szczęście zapobiegliwie wyruszyłem Czarnuchem.
Dzionek zrobiły mi gąsiorki - pani oraz pan, które bacznie mnie obserwowały, a potem zajęły sobą, między innymi samiec dokarmiał samicę, prawdopodobnie przed złożeniem jaj. A w Trzcielinie... ...akcja integracja :) Debili drogowych oczywiście nie zabrakło, przecież żyjemy w Polsce, ale trafił się również pozytyw - na styku Wirów i Komornik, na wąskiej drodze, zatrzymałem się przed zatoczką, bo wiedziałem, że autobus za chwilę będzie wyjeżdżał (nie włączył jeszcze kierunkowskazów, ale pasażerowie już wsiedli), co kierowcę tak zdumiało, że najpierw mi pomachał przez okno, potem wyciągnął kciuk w górę, żeby po ruszeniu jeszcze podziękować awaryjnymi. Można? Można :)
A jutro chyba w końcu uda mi się zabrać za nadrabianie BS-a :)
Fotki takie se, musiałem szukać momentów, gdy cokolwiek było widać. Przy okazji wypatrzyłem całkiem spore stado żurawi. Latał też sokół, ale w tych warunkach i na wysokości był nie do uchwycenia. Pogoń Szczecin to powinna raczej na kolanach do Krakowa pielgrzymować za zawalenie finału Pucharu Polski, a nie się w górach rozbijać :) No i sama Szklarska. Na Stawach Podgórzyńskich chwila światłości. Tamże miła niespodzianka - całe stadko gęsiówek, czyli gęsi egipskich. Tyle z atrakcji na dzisiaj. Jeszcze jest sporo fotek do przejrzenia, ale to na spokojnie lub - po poznańsku - ze spokojem :)
Wczoraj informowałem, że wiało słabo. Byłem w szoku. Wyjaśniło się - widocznie nieświadomie oszukałem wiatr, ten się zgubił, ale niestety ogarnął i mnie odnalazł.
Dzisiaj więc wiało tak, jakby ten gnój chciał się na mnie zemścić. Mega mocno, z każdej strony, no i non stop. No cóż, bezwietrznie już było :)
Dzionek intensywny, czyli rowerowy wpis na szybko. Wyszło słońce, więc trochę fotek porobiłem, ale w Szklarskiej Dolnej nagle pojawiły się groźne chmury, przez które zawróciłem.
Widoczki: No i płynne przejście do ptactwa. Na stawach w Podgórzynie łabędzie bacznie obczajaly, czy im młodziaków nie zabiorę... ...a głowienka zerkała z ukosa. Potem jeszcze masaż, spacer, załatwianie spraw... Padam na pysk. Dzisiaj BS-a nie nadrobię. Ale w najbliższym czasie już na pewno :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"