Przewidywalnie to już było. Kiedyś. Teraz jest, jak jest :)
Dzisiaj nawet się zastanawiałem, czy nie ruszyć szosą. Na szczęcie tego nie zrobiłem, bo na piątym kilometrze dopadł mnie wściekły deszcz ze śniegiem, potęgowany wiatrem, który momentami chciał mnie przewrócić. Jak dobrze, że miałem ze sobą Czarnucha...
Walczyć się nie dało, więc średnia jest sumą prób przeżycia. Marną :)
Tu kawałek słońca na Dębinie. A tu kilka minut po tym, jak prawie zamieniłem się w śniegodeszczowego bałwanka. Nagle inny świat. Zwariować można. Zwierzakowo nawet, nawet. Żurawie... ...sarenki... ...oraz znajomy myszołów, tym razem na polu. Dystans z dojazdem (już niestety) do pracy.
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"