W nocy chyba padało. Doszedłem do tego drogą szerokiej dedukcji, widząc kałuże. Można mówić mi Sherlock bis :)
Nad ranem było fajnie, bo pochmurno. A przy tym niegorąco. Niby super, ale niestety, był jeden czynnik zła - tak, tak, wiatr. Ten sam, który ostatnio nie chce odpuścić i wieje wciąż w pysk, bez różnicy - w upale czy bez.
O tak było: Między balotami szwendały się żurawie i w sumie to by było na tyle jeśli chodzi o zwierzaki. A nie, sorry, jeszcze pszczółki :) Dystans zawiera dojazd do pracy. A przed nią jeszcze krótki spacer po Dębinie.
U nas padało od 11 do 15, co całkowicie pokrzyżowało moje plany: miałem zaproszenie na rowerowy piknik charytatywny z grillem 40 km-ów od domu o godz. 14.00. Niestety, formuła imprezy wybitnie dziś kolidowała z aurą - no i nie pojechałem :(
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"