Jednak się udało. Przeżyć ten dzisiejszy mikry mikrowypad :)
Dzień miałem wolny, teoretycznie więc mogłem sobie pozwolić na dłuższe spanie. Ale gdzieś w tyle głowy miałem świadomość, że jak nie wstanę w miarę wcześnie, to nie pojeżdżę, bo około dziesiątej według prognoz miało zacząć lać. Z drugiej strony - gdy zobaczyłem jak wieje, mój zapał "lekko" spadł :)
Finalnie zaprzęgłem crossa przed dziewiątą i ruszyłem na południe, starając się utrzymać w pionie, co łatwe nie było. Minąłem Luboń, dojechałem do Łęczycy, gdzie zatrzymałem się na chwilę ocenić stan nawierzchni. Wtedy jeszcze z góry. W Puszczykowie wjechałem na chwilę do lasu - jak widać większych różnic między obowiązkową, przymusową DDR-ką a leśną ścieżynką jest... dość znikoma. Zrobiłem kółko dokoła Mosiny i znów pojawiłem się na wspomnianej śmieszce. I... mam to, czego się obawiałem, a nawet wykrakałem - mimo ostrożnej jazdy, wystarczyła chwila nieuwagi przy hamowaniu i leżałem na dywaniku, podziwiając wszystkie możliwe jesienne kolory liści. Ładne były, trzeba przyznać :/
A po chwili, gdy się ogarniałem, przejechał koło mnie... dziadyga. Mam podejrzenie, że z zadowolonym wyrazem twarzy :) W Luboniu zaczęło padać, a w Poznaniu już lało, więc przez ostatnie kilka kilometrów uprawiałem rower wodny.
Puszczykowska Grobla wciąż jeszcze prezentuje się tak: Słowo "jeszcze" nie jest przypadkowe :/ Wciąż żadnych dobrych wiadomości w temacie... Po południu na chwilę przestało padać, przeszło mi więc przez myśl, żeby dokręcić do pięciu dych. Jednak wybrałem spacer z psem i kurs do Lidla. Do Lidla. Ram pam pam pam.
Ten rower już ma w sobie tyle obcej "krwi" od zakupu osiem lat temu, że sam jest jedną wielką naprawą. Przychodzi taki moment, że lepiej kupić coś nowego niż ładować kasę w trupa. Wiem, Ty tego nie zrozumiesz :)
A stary rower nie pójdzie wtedy na złom, tylko pojedzie sobie pewnie do Jeleniej, do piwnicy spokojnej starości :)
"hamuję tylko przednim hamulcem, bo tylny odmówił już dawno posłuszeństwa" - a ze mnie cisną bekę, co ja odwalam z rowerami... ;ppp Ja w Huraganie mam odwrotnie - tylko tylny hamulec (przedniego nie mam od nowości :D ) bo jest bezpieczniejszy, a przy moich prędkościach wystarczająco skuteczny. ;)
Mors - myślę, że Twoja "kolarzówka" ma większy bieżnik niż mój cross :) Do tego hamuję tylko przednim hamulcem, bo tylny odmówił już dawno posłuszeństwa. I tak to się kończy :)
BUS - no na hamowanie przednim hamulcem na liściach nie ma mocnych, szczególnie przy jakiejś tam prędkości. Ale i tak gleb mam mało względem tego ile, czym i gdzie jeżdżę :)
Lapec - gratuluję i zazdroszczę :) No i fakt, jeszcze z kilka razy bym sobie glebnął, jeśli miałoby to powstrzymać tych od Grobli...
Ja tam gleby ostatnio ograniczyłem ( za miesiąc będzie ro(k)cznica ;)) ), ale miałem już ich tyle że wprawy w upadkach nabieram i wiem jak wydzwonić :D No niestety, najbliższe pół roku będzie troszkę bardziej ryzykowne, ale damy radę :)
PS: Człowiek jak się obalimy to wstanie (przeważnie), Grobla jak się obali to ... cóż ...
Dokładnie.. ja się nawet na lodzie nigdy nie wyjebałem :P maty miałem tylko podczas jakichś kaskaderskich prób, nawet nie na korzennych czy piaszczystych zjazdach :P kładziesz rower z kolanem jak motorzyści po tych mokrych liściach czy jak :P
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"