Powitalnie
I co?
I deszcz. Od rana padało, raz mocniej, raz słabiej, ale padało. Początkowo miałem nadzieję, że przejdzie czy coś (z naciskiem na "czy coś"), ale nic z tego - ruszyłem więc crossem, choć marzyła się szosa, bo wiatr w końcu przystopował i nie gnoił.
Wyjątkowo kierunek wypadu: Poznań - Luboń - Łęczyca (dziadyga był, a owszem) - Puszczykowo - Mosina - Rogalinek - Rogalin - Świątniki - Radzewice i z powrotem, nie zależał ode mnie, a od osobistych rodziców, którzy wylądowali w tej ostatniej miejscowości w zaprzyjaźnionej agroturystyce na kilka dni. Ja wstępnie miałem je też mieć wolne, ale ludziuff w pracy nie ma, więc póki co łatam w niej luki, a na rodzinne integracje czas przyjdzie dopiero później. Dziś więc tylko krótka wizyta powitalna, szybkie ciasto, herbata i z do domu, gdyż w samo południe musiałem wylądować w swoim kołchozie.
Przy okazji zajrzałem do portu rzecznego, który jakoś tak... zbiedniał. Nie ma ławeczek, nie ma pomostu, nie ma miejsca na ognisko, a także - o zgrozo! - przenośnego kibla. Mam nadzieję, że to tylko kwestia pozasezonowości i wszystko wróci na swoje miejsce, bo to naprawdę fajne miejsce. Jak i same Radzewice.


Tutaj Relive.
Mam nadzieję, że kolejne dni będą już bez niespodzianek. Wiem, nadzieję to ja sobie mogę mieć... :)








