Na emeryckim kole
Jako że wiało (umiarkowanie) z południowego zachodu, to dostosowując się do podmuchów (oczywiście tylko w teorii) wykonałem z grubsza "kondomika" z wariacjami: Poznań - Luboń - Komorniki - Stęszew - Łódź - Dymaczewo - Mosina - Puszczykowo - Wiry - Luboń - Poznań. Miałem trochę czasu, więc zaliczyłem jeden z ostatnich (a może ostatni?) wjazd na Osową Górę, licząc na jakiś fajny Vmax przy zjeździe, ale wiatr postanowił, że mi się nie należy i w konsekwencji wyszedł tylko jakiś wypierdek.

Ale za to po raz kolejny odniosłem mały życiowy sukces, nie zaliczając gleby na wciąż pełnej liści ścieżce w Łęczycy.
W Stęszewie zdziwiłem się, że jakoś ciężko mi idzie ściganie takiego oto sprzętu:

Nie tyle zaciekawiła mnie jego prędkość podczas jazdy pod wiatr (no bo trening czyni mistrza), zbliżona do tego, co widnieje na znaku, ile fakt braku poruszania nogami. Podczas wyprzedzania potwierdziły się moje "podejrzenia": rower elektryczny. Lekko mi ulżyło - czyli mimo spadku formy na jesień, problem z dogonieniem emeryta nie jest jeszcze u mnie czymś realnym :)
Wpadło dziesięć nadprogramowych kilosów, sam nie wiem kiedy. Jechało się lepiej niż ostatnio, choć do pogodowego ideału (10-15 stopni) sporo brakowało. A ja sobie lekko post factum uświadomiłem, że jakieś trzysta kilometrów temu przekroczyłem 16 000 w tym roku. Ma się ten refleks :)








