Bossssko...
Wykręciłem "kodnomika" w wersji przez Luboń, Puszczykowo, Mosinę, Łódź, Stęszew, Komorniki i do domu. Czyli jeden z najbardziej lubianych przeze mnie klasyków. Zaraz za Mosiną "dorwałem" sympatycznego rowerzystę w wieku "około sześćdziesiątki", który całkiem sprawnie kręcił na crossie i zaproponowałem podwózkę, na co ten ochoczo przystał. Dzielnie towarzyszył mi aż do Dymaczewa, a skręcając w kierunku Bolesławca i dziękując powiedział, że już za stary jest na takie jazdy, na co przywołałem przykład naszego "Jurka Killera" :) Podziw był widoczny :)
Wynik finalny byłby ciut lepszy, gdyby nie jakieś koszmarne korki w Szreniawie i Komornikach, większe nawet niż w tygodniu. W głowę zachodziłem o co chodzi, ale dopiero w domu wyczytałem, że jakiś wielkanocny jarmark się tam dziś odbywał. Ma się to szczęście ;/ Postałem sobie więc trochę między puszkami, musiałem też ratować się momentem jazdy chodnikiem.
Widoczne też były samochody silne oszalikowane na niebiesko-biało. Wieś podążała już na mecz z Legią, znaczy się. W sumie też miałem być dziś na stadionie, ale nawet kumpel-nie-niedzielny kibic nie był w stanie kupić miejscówek o dziewiątej rano w "dniu zero". Bowiem dla Poznania nie ma jak się okazuje ważniejszego wydarzenia w życiu, nawet jak się nie jest fanem piłki skopanej, od meczu Lech - Legia. Muszę więc obejść się smakiem, ale i tak będę kibicował pewnemu zespołowi, którego nazwa zaczyna się na "L" :P








