Króciutki wpis, bo w robocie nie mam czasu zająć się pracą, tyle się dzieje :)
Wykonałem, walcząc z - a jak - z mocnym wiatrem, jeden z klasyków, z Poznania przez Plewiska, Gołuski, Dąbrówkę, Dopiewo, Trzcielin, Konarzewo, potem znów Pleiwska, do Poznania. Bez przygód, bez kontrowersji, a i wyjątkowo bez emocji.
Choć nie, te ostatnie były, prawie jak na grzybach. Halucynogennych :) Zaczyna się powoli sezon na takie odblaski, wyprzedzanie tych jajecznic do łatwych nie należy, a mój dzisiejszy egzemplarz był wyjątkowo przepisowy i jechał dokładnie tyle, ile miał na nalepce. I ani kilometra szybciej. A ja za nim przez jakiś czas, bo z naprzeciwka ruch trwał w najlepsze. Przez wyjazd nad morze zapomniałem podsumować rowerowego lipca. Było całkiem ok, bo mimo kilku jednodniowych pauz udało się wykręcić ponad 1750 kilometrów. Główna zasługa tutaj wyprawy z gatunku 200+ do Kalisza. Za to średnia słabiutka - 28,9, ale to z kolei zawdzięczam dość dużej ilości wypadów crossem.
Komentarze (2)
Ale to naprawdę jedna z moich gorszych miesięcznych średnich, tym bardziej w lecie :) choć po Pomorzu w sierpniu zapowiada się powtórka :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"