Codzienny shit-kom
Najpierw – po niełatwej próbie mobilizacji na rower przed pracą i wyruszeniu o 8:30 – i po minięciu Lubonia i Wirów, na wysokości Komornik poczułem dziwną blokadę w prawym pedale, która po chwili zamieniła się w chrobotanie. Poszły łożyska. Były (pedały, nie łożyska) dość tanie, ale niedawno montowane, więc tym większe było moje zdziwienie. Dało się na szczęście jechać, choć rozpatrywałem opcję powrotu. Jutro podjadę z rana zareklamować i wymienię na nowe. Jeśli mi po drodze kompletnie nie odpadną. Na razie jednak stukając i pukając dokręciłem całość trasy, przez Konarzewo, Trzcielin, Dopiewo i Plewiska.
Do tego był upał, a Portugalia dzień wcześniej wygrała ME, choć widok ryczącej Krystyny R. był bezcenny.
Gdy już wylądowałem w robocie to tępota, prymitywizm oraz bezczelność ludzka spowodowała, że chyba jestem już na granicy przekroczenia Rubikonu swojej tolerancji i wytrzymałości, tym bardziej że niesprawiedliwość może przełożyć się na moje finanse. Po tylu latach codziennej walki z żywym człowiekiem i brakiem możliwości przywalenia legalnie komuś w w pracy w pysk, mam już dość, a najchętniej zatrudniłbym się w archiwum jakiegoś IPN-u, bez otaczających mnie rodaków, wyszukując mściwie haków na ludzkość i wprowadzając destrukcję mentalną. Ot, takie mam marzenie od dziś :)
Musiałem odreagować na shoppingu. Oto jego efekt. Różowa lampka była za bardzo PRO, czas ją zastąpić :)









