Dzisiejszy wyjazd - w przeciwieństwie do większości innych, do których podchodzę zazwyczaj na zasadzie "ruszaj i kombinuj" - częściowo sobie zaplanowałem. Miałem bowiem chrapkę na załatanie pewnej luki w znajomości rowerowej części Poznania, jakim jest dojazdówka na Naramowice, jedna z najbardziej zakorkowanych części miasta. A że sobota to nie dzień roboczy, ja wyspany, bo zdarzył się jeden dzionek wolnego, do tego wiatr wskazywał kierunek północny, to wziąłem głęboki oddech i pełen obaw co mnie czeka i co specjalnie dla mnie wymyślili kreatorzy infrastruktury, ruszyłem.
Po przebrnięciu przez znane dobrze rejony, czyli z Dębca przez okolice Malty i Hlonda do skrzyżowania Bałtyckiej z Lechicką zacisnąłem mocno łapy na klamkomanetkach i zagłębiłem się w tę drugą ulicę. Początkowo cieszyłem się brakiem ścieżki, która oczywiście jednak pojawić się musiała, ale tu nastąpił u mnie szok poznawczy. Pozytywny, co rzadko mi się zdarza. Prócz kretyńskiego rozwiązania, jakim są utrudniające widoczność ekrany dźwiękoszczelne, ścieżka jest śliczna, gładziutka, asfaltowa, a do tego dobrze oznakowana. Szczęka mi lekko opadła ze zdziwienia i jakiś czas tak zwisała, bo ostatnio jechałem tędy dobre pięć-sześć lat temu, jak nie więcej, i wyglądało to jak pobojowisko. Więc - brawo! Potem niestety już nie było tak różowo, bo po skręceniu w Naramowicką pojawiły się chodnikowo-absurdalne, urywane co chwilę "zemsty Grobelnego", które oczywiście olałem, te w końcu znikły i można było cieszyć się fajnym podjazdem wśród zielonych terenów aż do Radojewa, gdzie trafiłem na znów znany i lubiany przeze mnie szlak, czyli na Biedrusko.
Dotarcie do niego również było przeze mnie zaplanowane, co wyczerpało mój limit na tego typu fanaberie na jakieś pół roku :) Ciekawostką tej miejscowości jest to, że na małym odcinku miesza to, co najlepsze dla rowerzystów (fajne oddzielone pasy przy wjeździe) z tym, co najgorsze (debilnie skonstruowana DDR-ka z kostki, z masą zawijasów i skrętów). Planistów zachęcam do kilku dni trzeźwości i wybrania jednej wersji na przyszłość. I nie będę podpowiadał, która wydaje się lepsza, żeby nie ułatwiać :)
Nie omieszkałem zaliczyć i sfocić wystawionej od jakiegoś czasu wystawy żelastwa, która ciekawie zapełnia miejsce w zespole parkowym położonym przy tamtejszym kompaktowym, ale całkiem ładnym neoklasycystycznym pałacu z XIX wieku. A zabawki dla dużych chłopców w takiej, muzealnej wersji, nawet mi się podobają, szczególnie, gdy nie da się już ich uruchomić. Przed nawrotem dokręciłem jeszcze do otwartego dziś szlabanu prowadzącego na poligon. Jego penetrowanie pozostawiłem innym, nie mając na to dziś czasu - w końcu muszę to nadrobić. Swoimi śladami dotarłem do Radojewa, gdy już, tym razem bez planowania, a ulegając naturze naszego narodu, wedle której "lepsze polskie gówno w polu niż fiołki w Neapolu" wybrałem dawno przetestowaną drogę przez Morasko zamiast poznawania wcześniejszej drogi od drugiej strony. Kosztowało mnie to sporo średniej, bo miasto mimo soboty zakorkowane jak zwykle, ale co mi tam. Generalnie jestem zadowolony z dzisiejszej wycieczki - odkryłem w miarę nowe szlaki i odświeżyłem biedruskowy klimacik.
Rowerzystów zakwitło. Droga na poligon była dziś małą zakopianką w tym temacie :)
Komentarze (18)
No porównywaliśmy chyba Jurka do Google''a, a nie do ZIŁa. :D
Tak na pewno jest to Ził 157. Nazwa od: (Zawod imjeni Lichaczowa wcześniej Zawod imjeni Stalina) Ta maszyna ciągnęła moją radiostacje R-118 na "szkółce" w Mrągowie .
Starszy operator Google''a potwierdza: ZIŁ 157. Wóz-legenda, nie do końca w PL, bo mieli my swoje, ale w ZSRR jak najbardziej. Już sam okres produkcji mówi za siebie: 34 lata (58-92)! :O
A to ciekawostka. Militaria mnie średnio interesują, chyba że w stanie spoczynku, więc z chęcią przyjmuję taką wiedzę przy okazji. Jurku - szacun za wewnętrzną skarbnicę wiedzy :)
Trzon to może nie jest. Nie wiem czy wiecie ale Antek (licencja ZSRR) , Skot ( licencja CSRS) i to działo (chyba 70 mm) to zabawki produkowane w 100% w Polsce.W swoich czasach to jedne z najlepszych i niezawodnych na świecie. Powżnie !
Jurek - oj tak. I dobrze. Kiedyś nawet Antkiem leciałem, raz, nad Karkonoszami. I też żyję. Coś więc w tym jest :)
Csx - w takim razie dobrze, że odczekałem te kilka lat :) ale wjazd od strony Bałtyckiej, tam gdzie zaczyna się ekran, jest wciąż niebezpieczny. Praktycznie zatrzymałem się, nie chcąc ryzykować kolizji. Reszta - rewela. Kolekcji w Biedrusku jeszcze nie widziałem na żywo, więc nie potwierdzę, ale chyba będzie więcej i więcej. Oby :)
Mors - że co? Że niby na mnie zamach? Do tego już doszło? Cholera, miałem Rammsteina na uszach i nie słyszałem :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"