Dziś musiałem się wcześniej zebrać do pracy, a co za tym idzie szybciej wystartować z ewentualnym rowerem. Słowo "ewentualny" nie jest tu, przynajmniej częściowo, przypadkowe, ale o tym za chwilę. Fakt faktem, że przed ósmą byłem już gotowy do drogi, gdy dostałem info od Żony, że na drogach nie jest tak różowo jak mi się przy spojrzeniu za okno wydawało. Nastąpiła więc szybka zmiana rowerów - szosa dostała karnego jeżyka, a w ruch poszedł cross.
Wiatr wiał z północnego wschodu, więc czekała mnie przeprawa przez miasto... (tu powinno być dużo, dużo kropek). No i faktycznie - asfalt niby był ok, ale ilość śliskich białych zamrożonych placków potwierdzał słuszność wyboru roweru. Na Moście Rocha pojawiło się nawet malutkie, zgrabne lodowisko, mijanka z innymi bajkerami wyglądała więc jak jazda figurowa na lodzie. Jechałem bardzo ostrożnie, a i tak na zakrętach zwalniałem niemal do zera. Czułem się tak pewnie na trasie jak linoskoczek po udarze - naprawdę było ciekawie. Wyjechałem w końcu poza Poznań, gdzie praktycznie o jeździe poboczem można było zapomnieć - człapałem sobie prawie środkiem, dojechałem do Kobylnicy, gdzie po głębszej analizie wszystkich za i przeciw stwierdziłem, że jednak lepiej się żyje w jednym kawałku niż w kilku. I zawróciłem. Decyzja jak na mnie rzadko spotykana, ale dumny jestem ze swojego bohaterstwa :)
A sam powrót... Gdybym grał dziś w GTA zamiast jeździć rowerem to pobiłbym wszystkie rekordy w uszkadzaniu istot żywych - DDR-y były dziś pełne. Pieszych oczywiście. Oj, kusiło nie zwalniać, kusiło... Ale wizja zeskrobywania krwi i kawałków mózgu jednak mnie powstrzymywała.
Wyszło dziś dziwnie. Słabo, krótko, ale czuję się rozgrzeszony. Bo przeszedłem przez piekło i czyściec za jednym zamachem, którymi było te 25 kilometrów czyściutkiej jazdy przez Poznań. Do tego tańcząc na lodzie.
Komentarze (4)
Norbert - no łatwo nie było. Jakbym jeszcze miał kombinować z jakimiś okrągłymi trasami to w ogóle bym się zamienił w jakiegoś panczenistę i musiał zapisać do jakiegoś IceStats czy czegoś :)
Remik - o właśnie, o właśnie. Więc wiesz jak to wyglądało. Dobrze, że ktoś to potwierdza, bo w pracy zza ciepłego biurka wydawało już mi się, że mitologizowałem :)
Dariusz - pewnie gdybym miał MTB na stanie to bym zrobił tak samo. Ale trzeci rower w kuchni jakoś mojej lepszej połowie nie do końca się podoba. Też się dziwię czemu? :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"