Gnieźnieńska seta, czyli z ziemi polskiej do Polski
Kierunek na Gniezno nęcił mnie już od jakiegoś czasu, ale jakoś się nie układało. Dziś wszystko ułożyło się idealnie - północno-wschodni wiatr, wolny dzień i brak poważniejszych planów na pierwszą połowę dnia. Zaplanowałem sobie, że ze wszystkim zejdzie mi max 4 godziny, ale okazało się, że przeszacowałem, gdyż na trasie zaciekawiła mnie taka ilość rzeczy, że zamiast pędzić to co chwilę się zatrzymywałem. W pewnym momencie nawet odpuściłem średnią, tym bardziej, że wiatr miał być słaby, a okazał się całkiem godny i przede wszystkim zimny.
Wyjechałem około 10, wyspany, jednak prócz porannej kawy z pustym żołądkiem. Pierwsze 12 kilometrów to przejazd przez Poznań, oczywiście zakorkowany, rozkopany, a na domiar złego koło stacji Poznań Wschód wredny dyżurny ruchu zamknął mi szlaban centralnie przed nosem.Nie powiem, żeby mnie to zachęciło, ale zacisnąłem zęby i pojechałem znaną sobie krajową "5", mijając odwiedzane niedawno Biskupice, a potem Pobiedziska. I to były w sumie jedyne momenty, podczas których jechałem płynnie, bez zatrzymywań, potem zaczął się teren mi nieznany. Przystanek pierwszy to Lednogóra i wspaniałe wiatraki, o których później. Ciekawy byłem tej miejscowości, słynnej ze spędów osób religijnie zaangażowanych, o których mam swoje zdanie i może nie będę go dziś rozwijał, w końcu to portal rowerowy, a nie antykatolicki :) Zaraz za Lednogórą zjechałem lekko w lewo, gdyż przykuło mą uwagę o takie coś:

Dzielni woje strzegli jak się okazało dojazdu do skansenu, który to jednak odkryłem dopiero wracając. Teraz tylko zrobiłem zdjęcie zaczątku Jeziora Lednickiego, który, nie ma co ukrywać, specjalnie w tym miejscu z daleka nie imponuje:


W Łubowie ukazał mi się śliczny drewniany kościół, aktualnie w trakcie renowacji. W ogóle cała trasa jest usiana fajnymi drewnianymi przerywnikami.

Chyba za dobrze mi się jechało, bo jak tylko skończyło się Łubowo pojawił się - naprawdę nigdzie wcześniej niezapowiedziany - zakaz jazdy wszystkim, co nie jest samochodem. Stanąłem, nie wiedząc co robić, bo miałem za sobą już jakieś 50 km, było bardzo blisko do celu, a tu taki zonk... Stwierdziłem, że nie będę się poddawał, tylko skręciłem w prawo na coś w rodzaju wiaduktu na etapie budowy, minąłem pracujących tam drogowców i dojechałem do jakiejś wsi. A tam skrzyżowanie bez żadnych kierunkowskazów. Skręciłem w prawo - droga się skończyła. Cofnąłem się i pojechałem prosto - też wylądowałem w szczerym polu. W końcu udało mi się zatrzymać jakąś miejscową, której nawet nie musiałem o nic pytać, sama mi krzyknęła: "tam pan pojedzie, jest boczna droga i można rowerem". Widocznie rowerzyści ze znakiem zapytania w oczach są stałym elementem tutejszego krajobrazu :)
No i właśnie tą boczną drogą dojechałem do Gniezna. Tam też korki, ale droga prosta, więc nie miałem problemów z dojazdem do centrum. Imponująca bryła katedry nie dała się nie zauważyć. Wszędzie kostka, więc rower głównie znajdował się u mnie pod pachą. Obszedłem sobie najpierw w/w katedrę, która naprawdę robi wrażenie.


Trochę rozczarował mnie Rynek, bo nie znalazłem na nim elementu wg mnie podstawowego, czyli ratusza. Cyknąłem kilka fotek kamienic, zauważyłem przedstawicielstwo mojego zawodowego kołchozu, więc się przywitałem, trochę pogadaliśmy i jak zwykle to bywa usłyszałem fundamentalne: "rowerem? tak daleko?". Ach, błogosławione istoty niezarażone bicyklową psychozą :)

Pożegnałem się, zjadłem Knoppersa i postanowiłem wracać, bo wiatr był coraz zimniejszy, a ja wybrałem się ubrany na krótko. Trasę już znałem, wracałem swoimi śladami, więc nie zdziwiła mnie konieczność zjechania z "5" na jakieś boczne dróżki.
Wiatr czasem pomagał, ale też za często dmuchał z północy, czyli z boku. Ale tak jak pisałem - średnia była mniej ważna, chciałem jeszcze pozatrzymywać się tu i tam. W sumie to bardziej tam, bo zainteresowała mnie ta Lednogóra, a właściwie skansen, czyli Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy. Jako że jechałem sam i nie miałem ze sobą żadnego zapięcia to dziś tylko ogarnąłem je tylko wzrokiem, ale pewnie moja noga jeszcze tu postanie.


A chwilę potem, coś, na co cieszyłem się najbardziej - wiatraki! Śmiałem się jak głupi do sera gdy mogłem w samotności popodziwiać te imponujące drewniane budowle, lekko niestety podniszczone, ale po prostu przepiękne.




Jak widać w euforii nawet zaryzykowałem jazdę szosą po terenie. A co, czego się nie robi w afekcie :)
Potem nastąpił powrót już bez większych przystanków. Oczywiście jeśli wyłączymy z zakresu nazw w tym zdaniu miasto Poznań.
Czułem się dziś jak na jednodniowych wakacjach. Zwiedzanie, nowe tereny, zabytki...
A śniadanie zjadłem o 14.30 :)








